Warszawa

+48 660 973 231 (WhatsApp/Facebook) z.wachala@woblery.eu

Weekendowe Eldorado. (całość)

 

Dokument

Dokument

 

Jedenaście i pół tysiąca lat temu olbrzymie lodowce pokryły wielką część Europy łącznie z Polską. W dobie ocieplania się klimatu ściskające ziemię zmarzliny stopniowo zaczęły się cofać a w końcowej fazie topiąca się woda zeszła do oceanów. W trakcie tego rozwlekłego procesu ogromne masy lodowca m.in. spiętrzały istniejące pokłady skalne i ryły w ziemi głębokie bruzdy. Wypełnione po brzegi wodą wytopioną z bloków lodu ukrytych w materiale morenowym w dużej części są pamiątką po epoce lodowcowej i życiu, które przetrwało do dziś. Różnego pochodzenia skupiska jezior, w tym polodowcowe wypełniają północno-zachodnie, północne i północno-wschodnie tereny Polski. Te ostatnie oceniono na jeden z najpiękniejszych zakątków w skali Europy i właśnie pretendowały na jeden z siedmiu cudów świata. To Mazury.

Obecne czasy – weekendowe Eldorado

Z jakieś dwieście kilometrów od Warszawy jadąc na północ w stronę Mrągowa jest malutka miejscowość Mojtyny. Jest mi dobrze tam znane wędkarskie Schronisko PZW Koła nr 3, do którego wielokrotnie wracałem. Wędkując na okolicznych jeziorach spędziłem kawał życia. O ile dobrze pamiętam to w 1966 roku biwakowałem tam pierwszy raz z ojcem, który w tamtym czasie wraz z kolegami z pracy na blachę zaciekle z łodzi łowił nieprzeciętne szczupaki. W charakterze małego chłopca byłem do tego przyzwyczajony, jako że ryby zawsze ojciec łowił. Ale widok pierwszego i kolejnego malowniczego jeziora zapierał mi dech w piersi. Ostre, świeże powietrze, często przyprawiało mnie o zawrót głowy. Przejrzysta głęboka toń, przez którą w słońcu jak na dłoni, wśród obfitej i czasem dziwacznej roślinności widziałem leniwie poruszające się wielkie ryby. Strome stoki daleko zapuszczające się w mroczną otchłań. Z głębin wyłaniające się wyspy. Odmienne struktury górki. Urozmaicona linia brzegowa, porośnięta bogatym zespołem roślin. Bujnie zalesione tereny pachnące żywicą, a przede wszystkim cisza i spokój. To tylko niektóre z wielu elementów krajobrazów, cudownych widoków, które swą ekspresją zachwyciły mnie.

Jako mieszkaniec stolicy nie byłem wyjątkiem, który na co dzień zmagał się z miejskim gwarem i smrodem, więc wypad z rodzicami za miasto, szczególnie na Mazury, stał się dla mnie inspiracją do dalszej realizacji wędkarskich marzeń. Dobrze pamiętam lata szczenięce i pod okiem ojca głównie na blachę, łowione szczupaki. Z początku lat osiemdziesiątych na własne potrzeby wyprodukowałem woblery, które pozwoliły mi rozpocząć nowy etap wędkarstwa. Pod wpływem łowienia na nie stworzyłem swój kierunek filozoficzny, powstały na bazie praktycznego myślenia i działania. W miejscu i czasie odpowiednio podane moje woblery, ku zaskoczeniu perfekcyjnie doprowadzały do szału największe słodkowodne drapieżniki. Na dostępny w sklepie, przeciętny zestaw spinningowy, jak opętany rozpocząłem następny szalony połów niebagatelnych ilości sumów. Z czasem ogromnych sumów. O tych zadziwiających spotkaniach, może opowiem następnym razem. Niemniej jednak przypomina mi się wyjątkowy sezon spinningowy i mogę rzec, jeden z wielu fantastycznych wypadów do Mojtyn, właśnie na szczupaki.

Część 1

W środku czerwca pogoda była ustabilizowana ogólnie ciepło. Czasem powiewał lekki wiaterek. Maskujący kombinezon ani moro, bez przesady, to nie dla mnie. W taką pogodę na ryby wybierałem się w codziennych ciuchach plus kapelusik chroniący głowę przed prażącym słońcem. Profilaktycznie miałem płaszcz przeciwdeszczowy oraz lekkie, zwykłe obuwie. Niezbędna mi była łódka. Często używałem dwa kompletne, ale różniące się wagą wyrzutu spinningi, obszerny podbierak, no i kilka moich niezawodnych przynęt. Z czasem do kompletu zabierałem żarcia pół plecaka oraz trochę picia. Na weekend w jednym z domków typu bungalow wynająłem około dziesięciometrowy pokoik z lodówką i telewizorem. Za skromną opłatą schronisko gotowe było przyjąć przeszło stu wędkarzy lub trzydzieści czteroosobowych rodzin. Przed bramą schroniska biegła droga tranzytowa, która przez krótki czas była utrapieniem wypoczywających. Po drugiej stronie szosy w łagodnej kotlinie łąkowej widoczne owalne, ze trzydzieści hektarów jezioro. Wzdłuż jego linii brzegowej jest trochę porozrzucanych drzew. To zbiornik Mojtyny. Na horyzoncie dające się zauważyć lasy. Ze schroniska na przystań dzieliło mnie blisko dwieście metrów asfaltowej, a potem polnej drogi omijającej łąkę rolnika sąsiadującego ze stanicą. Oprócz krów, pan Gustaw czasem zostawiał na łące śliczną parę koni. Dorodna kasztanowa klacz oraz słusznej wielkości ogier kary, szczególnie o świcie były atrakcją wędkarzy. Niegdyś w czynie społecznym przez urlopowiczów wykonany pływający na beczkach pomost, schludnie obity był deską w kształcie litery ”T”. Służył on do parkowania około dwudziestu wędkarskich łodzi oraz pełnił funkcję tarasu widokowego. Zresztą podczas słonecznej pogody na ławkach z oparciem, można tam było godzinami się wylegiwać. Z pomostu widoczna lewa część jeziora, wkoło i naprzeciw była porośnięta szuwarem. Dalej rozciągały się łany pól i łąki. W prawo, aż do końca jeziora tuż za trzcinami ciągnął się szpaler drzew olchowych. Za drzewami, pola uprawne i wieś Mojtyny.

Około godziny czternastej z przystani wypłynąłem lekką laminowaną łódką. Automatycznie skierowałem się na sąsiednie większe jezioro. Natomiast mniejszy, mojtyński akwen o miodowo-brązowej barwie wody ma średnio cztery, a maksymalnie osiem metrów głębokości. W zawężonej części północnej jest kilka nieco płytszych i urokliwych zawijasów. Dopiero w drodze powrotnej postanowiłem tam spinningować. Ze względu na nieco urozmaicone i bogate w roślinność dno oraz duże skupisko drobnych kilku gatunków ryb, było świetnym miejscem akcji polowań szczupaków. Zaś koniuszek tego jeziora o powierzchni szkolnego boiska, zalany można by rzec krystalicznie czystą wodą, układał się w raczej płytką, około metrowej głębokości zatokę. Gruba warstwa pnącej, jakby splecionej ramionami, jednorodnej rośliny tworzyła strukturę elastycznej gąbczastej sieci pokrywającej gładko jak dywan całe dno zatoki. Wszak wzdłuż ciął ją intrygujący, wyraźnie głębszy, ponury rów. W zasadzie to środowisko, od dna po powierzchnię porośnięte liściastym zielskiem stanowiło nie lada atrakcję dla kumatego spinningisty. Wstrzeliwując się z właściwą przynętą o odpowiedniej porze, można było złowić tego jedynego, największego szczupaka. Wkoło zatokę porastały przeciętne szuwary. W przerwie ich kilka metrów od brzegu kresu zatoki, koło stodoły często pasły się gniade konie gospodarza ze wsi Mojtyny. W zatoce ogólnie panował spokój. Chyba byłbym chory kręcąc głową przewróciłem oczami, gdybym zlekceważył tak wyborne łowisko i popłynął dalej. Gładka niczym lustro powierzchnia wody wydała się martwa. Obserwując powierzchnię, jednak czułem przez skórę, że tam pod widocznymi koniuszkami posępnych wodorostów czatują szczupaki. Nie kotwiczyłem, bo tym zakłóciłbym spokój. Już podczas pierwszego, celnego rzutu wyczułem chybiony atak. Powierzchnia zawirowała.
Ech! Spiął się – niezadowolony syknąłem przez zęby. Idealnie trafiając w poprzednie miejsce nieudanego ataku, wobler przeciągnąłem po skraju porastającej dół roślinności. Nagle na wędce poczułem gwałtowne szarpnięcie. Tak, to branie raczej ładnego szczupaka. Bestia próbuje ciągnąć mnie w wodne zarośla, brechtałem pod nosem. Wędka wygięła się mocno. Z całym majdanem byłem za ciężki, toteż trajkot hamulca ostrzegał mnie. Schwytaną w ogromną, krwiożerczą paszczę, najeżoną ostrymi jak brzytwa zębami, szczupak chciał pożreć ofiarę. Zapewne teraz poczuł niepokojące szubrawstwo, na które się dał oszukać. Rozzłoszczony, ujarzmiany szczupak kilkakrotnie skakał do góry. Energicznie potrząsając łbem sprytnie próbował pozbyć się wrednego świństwa. Na próżno, miałem nową miękką żyłkę zabezpieczoną długim przyponem. W dodatku szwedzki kij Conolon 800 spisywał się kapitalnie. Powierzchnia znów bulgotała i słychać było syk spienionej wody. Coś pod wodą się działo i zaraz wszystko zamilkło. Nie miałem wyjścia. Mocno napiąłem spinning i wolno łajbę podciągnąłem do zaczepionego punktu. W przejrzystej wodzie z metr poniżej lustra, zobaczyłem opętanego żyłką i zielskiem, zniewolonego szczupaka. Szczerze mówiąc, to miałem problem. No, bo jak go teraz wysupłać? Próbowałem chwycić go ręką, ale był za głęboko. A może po chamsku użyć podbierak? Do głębi wsadziłem rękojeść z obręczą, aż po za łokieć. Okazało się, że nie był to najlepszy pomysł, bo w matni nadal nie mogłem umieścić szczupaka. Panicznie rozglądałem się za kimś, kto mógłby mi pomóc. Niestety, jak okiem sięgnąć byłem sam. Zagarniając wiosłem do podbieraka, bez pardonu wyrwałem go z podwodnych chaszczy.

Na "dzień dobry" w jeziorze mojtyńskim złowiłem takiego szczupaka
Na „dzień dobry” w jeziorze mojtyńskim złowiłem takiego szczupaka

– Och, jaka śliczna, bez mała pięciokilogramowa sztuka – ciepło wyszeptałem. Patrzyłem w zdumieniu na leżącego u moich stóp szczupaka. Uwalniając przynętę z morderczej paszczy mruknąłem pod nosem – toż nie ma, co tu ciemnoty wciskać, narobiłem wrzawy i trzeba stąd pryskać. W mojej głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka. Ale też pojawiła się szansa na złowienie kolejnego ładnego zębacza i postanowiłem tu w drodze powrotnej dobrze spenetrować te łowisko. Rybę wrzuciłem do sadza a łódź wreszcie skierowałem na sąsiednie jezioro Nawiady.

Oba jeziora cechuje druga klasa czystości wód i u szczytu stagnacji letniej dość wysoka jest zawartość tlenu. Może w tym czasie przy dnie zanikać tlen i pojawić się siarkowodór. Poza różnicą pojemności oraz powierzchni, jezioro Nawiady jest w posiadaniu dwóch dużych zalesionych wysp i jednej malutkiej zakrzewionej wysepki. Zróżnicowana linia brzegowa, bogactwa litoralu, ukształtowanie dna nie tylko spinningistów zachęcają do połowu ryb. Ogólny obszar jeziora Nawiady to około 230 hektarów a głębokość nie przekracza 30 metrów. Po dziś łącznikiem tych jezior jest kilkudziesięciometrowy, trochę esowaty kanałek. W początkowej jego części, obydwa brzegi kiedyś łączył drewniany mostek. Ówczesna konstrukcja zbudowana z podkładów kolejowych, częstokroć była moją ostoją – ostatnią deską ratunku. W trakcie gwałtownej burzy z piorunami, śmiało tam można było przeczekać ciężkie chwile. Choć od wiejących z północy wiatrów, rozkołysana powierzchnia jeziora Nawiady w ogóle nie pozwalała wypłynąć łodzią z kanału na ryby. Notabene, drewnianą strukturę dziś zastępuje mostek wykonany z betonu i żelaza. Kilkanaście metrów dalej w stronę jeziora Nawiady, był prymitywny jaz, który czasem pełnił funkcję zarządzania zasobami wodnymi obu zbiorników. Prawdę mówiąc, dzisiejsze resztki jego tylko utrudniają przeprawę nawet niewielkim jednostkom pływającym. Wzdłuż podnóża melioracji wbite kołki marnie splecione wikliną, chronią wyrobisko przed zawałem. Zaś ówczesne dno usłane było czystym, drobnym i jasnym piaskiem, aż po samą budowlę hydrotechniczną. Po drugiej stronie budowli, od strony mojtyńskiej wody występują bardzo głębokie warstwy nieco ciemniejszej barwy mułu. Niekiedy, można zobaczyć tu drobne „barometry czystości wody”, czyli raki. W czystej, nasłonecznionej wodzie, tuż koło jednego kłącza paproci wodnej, z którego wyrastały listki w kształcie szczypiorku, przypadkiem widziałem czyhające, mikre szczupaki. Na moich oczach jeden z nich, pochwycił szybującego po lustrzanej powierzchni wody pluskwiaka – nartnika dużego. Ze względów na rozmiar ofiary, akcja się nie powiodła. Właściwie w tym miejscu nie raz miałem zajmujące spotkania. Mijałem bobry, obserwowałem wydrę a potem łasicę z małymi. Był okres, gdy tu roiło się od piżmaków, ale z czasem populacja ich zdecydowanie się skurczyła.
Jednym wiosłem popychałem swą łajbę przez płyciutki kanał, przecinający obszar kwitnących łąk. Wokoło brylowały skoczki polne, świerszcze. I wysoko na błękitnym niebie królował perlisty trel malutkiego, polnego skowronka. Ważki, bąki, motyle i mnóstwo innych kolorowych owadów bzyczało, roiło się nad niezliczoną ilością polnych kwiatów. Gorące powietrze z obu stron pastwisk nasycone było przyjemnym zapachem okolicznych traw. W dali widoczne były pasące się krowy. Z metr poniżej poziomu łąk, w łódce czułem nieznaczny chłód, wilgoć oraz słodkawą, przedziwną woń mułu. W końcowej fazie trasy wodnej, za ostatnim zakrętem, trochę porośniętym z obu stron leszczynowym lasem, moim oczom ukazała się śliczna panorama rozległego jeziora, która od razu przyprawiła mnie o szybsze bicie serca.

Panorama jeziora Nawiady

Tu w mgnieniu oka uderzyła mnie fala wspomnień i wędkarskich wojaży. Jak okiem sięgnąć brzegi akwenu porastały gęste szuwary. Zaś przede mną z jakieś pięćset metrów, z odmętów wyłaniała się ogromna, gęsto porośnięta drzewami wyspa. Już na oko było widać, że w razie potrzeby dostać się na nią było trudno, gdyż wkoło porastały ją gęste trzciny. Tuż przed dziobem łodzi, pod lustrem wody, stopniowo opadające dno kanału w mrok klarownej, turkusowo-siwej otchłani, oznajmiało o roztaczającej się przede mną nieprzyjaznej głębinie. Widok tego obszaru, jakby przejrzystej czeluści, zwykle wprawiał mnie w dreszcze. Czułem tu respekt. Pomimo tego, wytężając wzrok do granic słonecznego światła, wśród roślinności porastającej stok, dostrzegłem nieco posunięte w czasie drewniane skrzynie pułapki. W połowie lat sześćdziesiątych, zdaje się załoga ówczesnego PGR-u, pozostawiła tam swoje rybackie akcesoria. Do dziś mam przed oczami obraz, gdy wówczas ci ludzie próbowali wydobyć swój rynsztunek. Resztki dziwnych forteli przetrwały do dziś.

Z prawej strony w dwadzieścia razy większej od narożnika halowego lodowiska zatoce panował całkowity zastój. Impas. No tak, część szuwarów była dosłownie zmiażdżona przez ostatnio pracujących tam rybaków. Na brzeg niewodem wygrabione sterty zielska zmieszane z mułem skazano na śmierć mięczaki i inne żyjące w głębinach stworzenia. Fajnie się zapowiadało, same zniszczenia. Nawet nie ma, co tam płynąć i łowić! Między wyspą a daleko zapuszczającym się w głąb jeziora półwyspem martwej zatoki, z mrocznej otchłani, wyłaniała się górka. Szczodrze porośnięty długimi zielskami tajemniczy obiekt, poważnie traktowałem o świcie i tuż przed zachodem słońca. W głowie zacząłem układać nowy plan wędkarskich działań, który praktycznie teraz ograniczony był czasem. Zatem w pierwszej kolejności chciałem odwiedzić, wybadać najlepsze znane mi łowiska. Ponadto, gdyby wystarczyło mi czasu, to w drodze powrotnej spenetrowałbym okolicę tej górki.

W przeciwnym kierunku po lewej stronie, jakieś półtora kilometra dalej moją uwagę przyciągała kolejna wielka wyspa. Na pierwszy rzut oka, woda w drodze do niej, była trochę pofalowana przez ruch powietrza. Zepchniętą przez wiatr w część linii brzegowej, skupioną warstwą planktonu interesują się drobne ryby. Zaciekawione wynikają z kryjówek, tym przyciągają uwagę drapieżników. To dobry znak, tego nie mogę pominąć z nadzieją wpatrywałem się w linię brzegową. Kierując łajbę w stronę wyspy, ochoczo zabrałem się do wiosłowania. Łódź miałem lekką, wiosła dopasowane, ale jak diabli w niej dulki piszczały. Ze sobą nie miałem żadnego smaru. Zatem użyłem tłuszczu z kanapki, albowiem wielogodzinne szczękanie wioseł doprowadzało mnie do irytacji. Przede mną było kawał drogi do wymarzonego sukcesu i jednocześnie mnóstwo, zaszufladkowanych w pamięci ciekawych miejsc. Na tamtą chwilę łowienie w przepastnej głębinie mijało się z celem. Słabe doświadczenia, może nie ten sposób łowienia wzbudzał we mnie kontrowersję. W mojej ocenie najlepszym rozwiązaniem było wstrzelenie się właściwym woblerem w strefę litoralu. W trakcie odległej, kilkuset metrowej drogi uważnie obserwowałem brzeg szczelnie porośnięty trzciną. Miałem nadzieję dostrzec tam ukrywające się ryby.

Wpłynąłem do pierwszej, większej zatoki. Chwyciłem za spinner i z dryfującej łodzi zacząłem rzucać srebrnym woblerem. Rzucałem „ciasno”, raz przy razie, na skos przed siebie, pod same szuwary. W tej części opadającego dna w czeluść rzucały się w oczy długie wodorosty, okazałe rdestnice połyskujące. To świetne stanowiska dla drapieżników, pomyślałem. Nie wiele się pomyliłem, bo od razu w moją przynętę palnął jakiś drapieżnik. Serce skoczyło mi do gardła. Wędka wygięła się, a zestaw naprężył. Hamulec kołowrotka trajkotał. Pierwsza chwila była dla przeciwnika, gdyż nie bardzo dawał się podciągnąć. W odmętach dostrzegłem złocisto-żółte rozbłyski. To szczupak. Mocując się poczułem, że nie jest to wystrzałowy okaz. Na oko miał z półtora kilo.
No, ale jest pierwsza bestia – spokojnie oznajmiłem. Rozważałem zmianę przynęty. W tym miejscu w ogóle nie było wiatru, więc łódź jednym pchnięciem skierowałem wzdłuż trzcin. Z dziesięć metrów od nich znów zacząłem rzucać, ale już innym woblerem. Z absolutnej koncentracji nad właściwym prowadzeniem przynęty, z głębokiego skupienia w oczekiwaniu na branie, nagle wyrwał mnie kolejny bombowy atak. Impulsywnie zaciąłem, aż kołowrót zafurczał.
Nie do wiary! Jest następna sztuka – wrzasnąłem jak oparzony – tylko jaka? W trakcie szamotaniny szybko oceniłem wielkość przeciwnika. Podobny był do poprzednika. Szczupak zaatakował wobler, tym razem przypominający treściwie wybarwionego okonia. Wykonałem jeszcze ze trzy „puste” rzuty. Zależało mi na czasie i w krótce przeniosłem się ze sto metrów dalej, za mały półwysep do jeszcze większej zatoki. Woda tam była lekko pomarszczona przez wiatr.

To tu w powietrzu, unosił się wylewający zza trzcin pobliskiej łąki, zapach kwitnących traw i dziko rosnących krzewów hortensjowatych. Wodząc nosem wkoło, zwietrzyłem silną, przejmującą woń kwitnącego o tej porze roku jaśminowca. Głęboko nabrałem powietrza w płuca – hy, niezwykły aromat – nadal nosem wodziłem wkoło. Przygotowując następny wabik do rzutu, z pół metra pod wodą coś mi w oczach mignęło. To perkoz na wzór torpedy wzdłuż łodzi bystro gonił małe ryby. Wywinął beczkę i znikł mi z pola widzenia. Woda wkoło zaczęła wrzeć, a z niej we wszystkie strony pryskały ukleje. Nur wypłynął, unosząc dziób połknął schwytaną zdobycz. I jednym, zwinnym skinieniem zniknął z powierzchni wody.
Phi – prychnąłem – zdaje się mam konkurencję. Jak dalej tak pójdzie to nic tu nie złowię – oznajmiłem niezadowolony. Łajbę pchnąłem wzdłuż pasa trzcin. Delikatnie wiejący wiatr plecy dodatkowo wspomagał mnie. I wtenczas miałem możliwość „czesania” wody raz przy razie, należycie rzucając swój wobler pod same szuwary.

Na początku zatoki nic nie złowiłem. Ale tam, gdzie nur jeszcze nie zdążył narobić mętliku zaczęła się dosłownie kanonada. Wtedy, gdy wobler uderzył o powierzchnię wody, wielokrotnie czułem mocne „pobicia”. W zasadzie szczupaki łapczywie atakowały moją przynętę. Jakby czekały, aż z góry coś im na łeb spadnie. Ba, podczas kolejnego rzutu, nawet jeden z nich wyskoczył nad powierzchnię i pochwycił wabik w powietrzu. Ogólnie mówiąc to szczupaki biły w wobler jak diabli. Eldorado.

Oto jeden z wielu fantastycznych okresów. W tym czasie dysponowałem obszerną gamą przeróżnych przynęt. Zaciekle testowałem je, ale najlepiej szczupaki brały na moje woblery. Po wszystkim, szybka fotka i do wody...
Oto jeden z wielu fantastycznych okresów. W tym czasie dysponowałem obszerną gamą przeróżnych przynęt. Zaciekle testowałem je, ale najlepiej szczupaki brały, właśnie na moje woblery. Po wszystkim, szybka fotka i do wody…

Wtedy to miałem okazję na testy swoich nowych modeli. Szczupaki na jedne woblery reagowały gwałtownie, na inne słabo lub wcale. W trakcie holu ryby czasem zrywały się, przecież to nic nadzwyczajnego. Ale, gdy odpowiedni wobler znów zaczął poprawnie pracować, to doprowadzał drapieżniki do obłędu. Szczupaki częstokroć tłukły w wobler, aż do kompletnego zawiśnięcia na haku. Brzmi to okropnie, ale należy sobie zdać sprawę, że ból jest odczuciem subiektywnym, przykrym i negatywnym wrażeniem zmysłowym, emocjonalnie powstającym pod wpływem bodźców uszkadzających tkankę. Ze względu na znikomą ilość receptorów bólowych, właśnie ryby prawie nie czują bólu. W dodatku słabo rozwinięta komora mózgowa nie jest w stanie odbierać i przetwarzać tak skomplikowanych bodźców, jakim jest ból. Widziałem hak tkwiący w jęzorze szczupaka i miałem wrażenie, że hol jego był nadzwyczaj spokojny. Jakoby szczupak właśnie odczuwał porażający go ból.

Gdzieś tam głęboko wierzyłem, że nie był to dar z niebios, iż szczupaki bez najmniejszych skrupułów atakowały moje wabiki. Jako że wieloletnie testy prowadzone nad osobliwą konstrukcją modeli woblerów zbudowały mój odpowiedni pogląd. Również nie działo się to przypadkiem, albowiem moje pływające modele woblerów bez trudu pokonywały głębokie partie wody. Poprzez właściwe zespolenie sprzętu z umiejętnościami; właściwie wymuszona, specyficzna akcja, kolory przynęty perfekcyjnie wzbudzały agresję w tym wypadku szczupaków. Często dużych  szczupaków. Podczas holu następnego niewielkiego zębacza, tuż przy łodzi, zaatakował go większy drapieżnik. Nie kryłem zdziwienia, gdy zobaczyłem na jednej wędce dwa złączone szczupaki. Ten duży złapał za łeb mniejszego. W dodatku obie ryby udało mi się zręcznie wydobyć. To był wyjątek i postanowiłem go uwiecznić.

Na moich oczach, ta duża bestia chciała pożreć tego mniejszego szczupaka.
Na moich oczach, ta duża bestia chciała pożreć tego mniejszego szczupaka.

W tej zatoce drapieżniki atakowały do samego wieczora. I nadszedł moment, jakoby się wszystko nagle „ucięło”. Sumując rachunek spostrzegłem, że tego nieco krótszego popołudnia, złowiłem około dwudziestu przeciętnych szczupaków kolejno wypuszczając je do wody. Niewiele mniej spiąłem. Słońce już zaszło i jeść mi się chciało. Tyle co ja się na wiosłowałem i namachałem spinnerem w miejsce, to bez żadnych oporów pochłonąłbym dwanaście podwójnych kanapek z masłem i wędliną. Zresztą, w pracy na co dzień tyle zjadałem. Chyba już czas kończyć tę piękną sielankę i ruszyć w stronę przystani. W drodze powrotnej rozpatrywałem kwestię jedzenia złowionych ryb. W zasadzie było to dla mnie proste. Może, nie każdy rozumie to, ale do domu zabierałem tyle, ile do syta mógłbym się najeść. A imponowanie bezmyślnym zabijaniem szczupaków czy wystawne balangi suto zakrapianej alkoholem to nie dla mnie. Zresztą wędkarstwo jest sportem, a nie kolejnym sposobem do mordowania zwierząt.
– Ojej! Przecież w sadzu łodzi mam jeszcze pierwszego, porannego i nawet przyzwoitego szczupaka – ugryzłem się w język. Zapragnąłem skonsumować świeżo usmażoną rybę, jako że jajek na kolację nie chciałem jeść. Uchyliłem klapę od sadza. Wszak wiedzieć chciałem, jak czuje się moja zdobycz. W tej samej chwili dostałem czymś w mordę. Aż tyłkiem chlapnąłem na podest. Szybko się przekonałem, że szczupak był mocny, w dobrej formie i zdaje się skory do „żartów”. Gębę przetarłem dłonią. Wyostrzyłem wzrok. Dostrzegłem zwisającego szczupaka na zewnątrz. Miał obrzydliwego pecha. Masywna klapą od sadza przycięła mu płetwę ogonową.
– Rany Boskie, zaraz mi spieprzy – wrzasnąłem na widok ciskającej się ryby – myślałem, że wpadł tam z powrotem! Na twarzy poczułem wypieki, szczególnie w miejscu, gdzie w pysk dostałem. Za wszelką cenę z potrzasku ryba się chciała uwolnić. W jednej chwili zerwałem się na równe nogi. Niepewnie chwyciłem ją. Była śliska jak glizda. Wypadła mi z dłoni. Obmacywałem, miętosiłem i w żaden sposób nie mogłem jej pewnie uchwycić. A może podbierak? Nie! Szkoda czasu, on jest na końcu łodzi. Jakoś pod skrzela wśliznąłem łapę. Drapieżnik się wyprostował. Potrząsnął łbem, jakby się wzdrygał. Trysnęła jucha. W palcach poczułem ból. Syknąłem, ostrych jak diabli dziesiątki kolczastych wyrostków, zdaje się z moich paluchów spuszczało krew. Siłą z potrzasku wyrwałem rybę i zrzuciłem na podest. Strapiony spojrzałem na zakrwawioną łapę. Po umyciu okazało się, że krew jednak nie była moja. Narząd skrzelowy szczupaka jest delikatny i tym szarpaniem sprawiłem uraz i upust krwi. A dlaczego chciał uciec? Do panujących w sadzu egipskich ciemności nagłe przedzierające się źródło światła, dało szczupakowi sygnał do błyskawicznej ucieczki z niewoli.
– O mały włos, a na kolację wpierniczałbym jajka – zarżałem.

Część 2

W przystani na stole do skrobania ryb oprawiłem swoją zdobycz. Nie filetowałem jej, tylko pociąłem na osiem prawie półkilowych porcji i z uśmiechem na ustach pomaszerowałem do schroniska. Pod bieżącą wodą jeszcze raz spłukałem dzwonka. Przygotowałem olej, sól, mąkę, no i patelnię. A reszta przypraw? Można się spierać, mnie te wystarczały. Cienko posoliłem racje, dobrze wytytłałem w mące i kolejno wrzucałem na rozgrzany olej. Dzwonka zaczęły skwierczeć i rumienić się. Głodny, przełykając ślinę, przewracałem je na każdą możliwą stronę, by uzyskać chrupką, miejscami złotą skorupkę. Ociekające olejem białe, delikatne mięso, pajda mazurskiego chleba, unoszący się zapach świeżo usmażonej ryby, irytował mnie. Dłużej już nie mogłem się katować. Wreszcie musiałem zjeść! Przecież byłem po całym dniu, wbrew pozorom wyczerpującego wędkowania. Z subtelnego, kruchego, pachnącego dania stopniowo usuwałem szkielet. Oczywiście, wpierw jadłem ostrożnie, albowiem na skutek zbłąkanej ości w oczach miałem okropną śmierć. Przemykający na szklanym ekranie film osławiony „Park Jurajski”, rozpraszał mnie. Ślepiąc w ekran łapczywie pożerałem pyszne kęsy, prawie tak, jak swojego pokonanego rywala wielki jaszczur Tyranozaur Rex. Pod wpływem scen filmowych nie wiedziałem, z której strony palce lizać. Po prostu niebo w gębie.

Uraczony dwoma kawałkami smażonego szczupaka byłem już syty. Po pół godzinie maślanymi oczami wpatrywałem się w stertę jeszcze cieplutkiej, świeżo usmażonej ryby. Byłem zmęczony. Zrobiło się ciepło, aż poczułem wypieki na twarzy. Zaczęła ogarniać mnie tępota umysłowa i chciało mi się już spać. Wyłączyłem telewizor. W fotelu zmrużyłem oczy. Ale co z tym zrobić? Siwo i duszno jest tu, jak w parowozowni. Zanim cokolwiek uczynię, może wywietrzę pokój – burknąłem pod nosem. Roztworzyłem okno na oścież. Pod wpływem zimnego powietrza dostałem olśnienia. To przecież takie proste, szczupak w occie, to również frykas! Ożywiony poderwałem się z krzesła. Na szybko zrobić taki marynat! To dla mnie żadna filozofia – dumnie stwierdziłem.

Do litrowego słoika wrzuciłem trzy ziarnka pieprzu, gałkę ziela angielskiego, ćwiartkę lekko opalonej nad płomieniem cebuli, liść laurowy i wsypałem pół szklanki cukru. Luźno ułożyłem dwa dzwonka i posłużyłem się zalewą octową. Od razu do ust wciska się pytanie; A skąd nagle wzięły się przyprawy, słoiki i inne czynniki potrzebne do marynowania? Nie od dziś łowiłem ryby. Głowę nosiłem na swoim karku a nie w podbieraku. Zdecydowana część rasowych wędkarzy, z dziada pradziada, smakosze ryb, dobrze wiedzą, po co tu przyjeżdżają. By na „zimę” zrobić weki!

Było już naprawdę późno, gdy posprzątałem, wlazłem pod natrysk i położyłem się spać. Wskakując w lodowato-wilgotną pościel zdałem sobie sprawę, że to chyba jedyna niemiła chwila, którą jeszcze funduje ten klimat. Nie mogłem zasnąć i następną godzinę tarzałem się w łóżku. Minęła północ, gdy zrozumiałem, że zbyt mocno przesiąkłem smrodem spalonego oleju. Wstałem, chciałem zaczerpnąć świeżego powietrza. Na zewnątrz ciemnica jak diabli. Z powrotem wskoczyłem do łóżka. Przez otwarte drzwi, bez mała z chłodem wlewały się gwiazdy do mojej sypialni. Zaciekawiony widokiem ponownie wstałem i wyszedłem za próg. Z trudem namacałem ścieżkę do ławki. Ależ tu jest wygwieżdżone niebo, gapiąc się w górę westchnąłem. Powoli, głęboko wchłaniałem ostre powietrze. Wśród rozsypanych po czarno-granatowym niebie błękitem iskrzących gwiazd od razu ujrzałem charakterystyczną drogę mleczną. Była dobitnie czysta, przejrzysta. Na północnym pułapie sklepienia, gołym okiem dostrzegłem konstelację Wielkiej Niedźwiedzicy, a tam dalej widniała Kasjopea. Zachwycony siłą wyrazu przestrzeni gwiazdowej z zapartym tchem obserwowałem, co raz to inne obiekty. Gdzieś tam po lewej błysnął meteor. Tam dalej inny przeciął północne niebo. O rany, jest przecież lornetka! Poprzez Carla Zeissa szkła, jeszcze enerdowskiej lornetki doskonale widziałem poruszające się malutkie punkty. Dzień i noc z zawrotną prędkością cyklicznie przelatują nad naszymi głowami sputniki telekomunikacyjne. Dopadło mnie subiektywne odczucie, że tam wszystko huczy i żyje. W upalnym lipcu leżąc na łące długo mógłbym spoglądać w niebo i marzyć, ale teraz był czerwiec i naprawdę już zrobiło się chłodno. W progu sypialni jeszcze nasłuchiwałem. W niewielkich odstępach czasu otaczającą pustkę, przenikliwą ciszę zakłócało odległe ujadanie psa. Cicho domknąłem drzwi. Zziębnięty głowę złożyłem na nieprzyjemnie lodowatej poduszce. Nie tak od razu popadłem w niebyt. Przeciwnie, myślami kolejno cofałem się w tkliwe łowiska. Jak w transie, przed oczami miałem w pałąk wygięty kij spinningowy, widoki złowionych kompletów szczupaków. Po nocnym niebie wśród gwiazd szybował klucz znacznych ptaków. Zaraz, to nie bociany lecz latające gady. Zdaje się pterodaktyle! Najpierw krążyły, a potem zbliżały się do stanicy. W następnej części mojego snu, pojawiłem się w końcu okresu kredy i na wędkę łowiłem gigantyczne ryby. Jak dzikie mustangi na oklep ujeżdżałem morskie jaszczury, które przekraczały 20 metrów!

Część 3

O świcie, przez uchylone okno do mojej sypialni, co jakiś czas wdzierał się przeraźliwy jazgot, demoniczny szczebiot jakiegoś zwierzęcia. Nie, nie! To zapewne kilka zlatujących się prehistorycznych gadów ucztowało na pobliskiej łące. I co, nikt z pomocą nie leci? A pterodaktyle tak spokojnie wyżerają niczemu winne krowy?! Jakie to okrutne! Kurczowo ściskając kołdrę pomiędzy nogami, poskramiałem ostatniego gada. Nagle wbiłem wzrok w sufit. Zdałem sobie sprawę, że pod osłoną przybytku schroniska na pewno nic mi nie grozi. Zaś ten, wydał mi się jakiś znajomy. Unosząc łepetynę, powoli docierało do mnie, że wytwór sennej wyobraźni zapewne powiązany z rzeczywistym krzykiem żurawi, bezpiecznie się oddalił. Powoli ciśnienie opadło. Dłonią otarłem pot z czoła. Uchyliłem zasłonkę. Było już widno. Przetarłem zaparowaną szybę.
– Ojej, czyżbym to ja tak wczoraj nakopcił? Nie, to chyba mgła? – zajęczałem. Jednym okiem rzuciłem na zegarek. Była piąta trzydzieści.
O kurczę! Chciałem popłynąć skoro świt o trzeciej, czwartej – mamrotałem pod nosem. I przez szczeliny rozpraszającego się chłodnego zamglenia na policzkach, poczuć pierwsze cieplutkie promyki słońca.
– Chciałem zobaczyć czy w ogóle będą brania. Po wczorajszej kolacji spałem tylko trzy godziny – zacząłem już gderać. – Dobre i tyle, bo gdyby nie te „prehistoryczne gady”, zapewne spałbym do południa – jeszcze ciamkałem pod nosem. No, ale cóż, jest jak jest. Najwyższy czas od rana być maczo. Wyskoczyć z ciepłego łóżka i zdecydowanie wsunąć rozgrzane stopy w skostniałe od zimna kapcie.

Ogoliłem gębę, po ludzku zjadłem śniadanie. Pozwoliłem sobie na chwilę rozkoszy. Kogel-mogel z wiejskich jaj, w sezonie polecam z dodatkiem jagód.
Och, nie ma to jak świeże pierogi z jagodami, polane słodką śmietaną – skwaszony westchnąłem. W plecak wcisnąłem kanapki z piciem i z wędkami pomaszerowałem w stronę przystani. Opuszczając teren schroniska, naprzeciw zobaczyłem jakby zmrożone moim widokiem żurawie. Wtopiona w mgliste otoczenie para ptaków pielęgnowała swe piórka na okolicznym pastwisku. We śnie nie było mi do śmiechu, przecież w drodze na ryby mogłem być pożarty przez „okrutne, latające gady. O, tak jak to bezbronne bydło pasące się z drugiej strony jeziora”. Chyba byłoby lepiej, gdybym przed snem nie oglądał fantastycznych filmów. Głęboko westchnąłem. Gdy żurawie uniosły się usłyszałem głośny klangor, który w trakcie snu wziąłem za jazgot rozjuszonych pterodaktyli. Spłoszone ptaki zniknęły za lasem. A szkoda, to takie niecodzienne ptaki z zadziwiająco kosmatym upierzeniem. Gdyby ktoś o brzasku, we mgle, nie słyszał głośnego krzyku żurawi, to bardzo proszę. Ten donośny dźwięk jednym może kojarzyć się z prehistorią, a innym po prostu, z głosem trąbki.

Para żurawi we mgle
Para żurawi we mgle

Krocząc wydeptaną ścieżką wilgotnej łąki odłożyłem senne koszmary na bok i skupiłem się nad otaczającą mnie rzeczywistością. Niczym klatka po klatce jakiegoś filmu, przelatywały mi w głowie wczorajsze sceny, łączyłem je z o wiele starszymi aktami. Krok po kroku analizowałem i wyciągałem wnioski. Projektowałem plan dnia. Chciałem, choć na chwilę zatrzymać łódź na Mojtynach i tam w połowie ostatniej zatoki trochę pospinningować. Przecież to takie śliczne jezioro, modra woda i ten wczorajszy, smakowity szczupak. Ale natłok kłębiących się w głowie myśli i wspomnień z ubiegłych lat połowu w jeziorze Nawiady był silniejszy. Ta dziwna transformacja wręcz elektryzowała mnie. Często przypominała mi o lichym szczęściu, które podczas niefortunnego podebrania wielkiej ryby, oczywiście na Nawiadach, czasem przeciekało mi przez palce. Zresztą do dziś nie mogę sobie tego wytłumaczyć, iż łowiąc w tym jeziorze zawsze miałem nadzieje na złowienie, właśnie tego największego szczupaka.

Rzucony w wir gorliwego wiosłowania nawet nie zauważyłem, gdy błyskawicznie pojawiłem się na Nawiadach. Wtenczas chwyciła mnie dziwna przypadłość. Otóż, miałem jakby pustkę w głowie. I nie przypomniałem sobie do dziś, w jak „szybki” sposób pokonałem łącznik dwóch jezior? Chyba go nie przeskoczyłem? Dobrze wiedziałem, że dla mnie na wiosłach trzydzieści kilometrów dmuchnąć pod wiatr to była pestka, bowiem były to czasy, gdy moja siła była właściwa do wieku. Ciężka codzienna praca nie była rozrywką, ale wielokilometrowe wiosłowanie zdecydowanie tak! W tym czasie zżerałem kurczaka naraz. Pszczoły zjadałem na deser a potem pierdziałem jak silnik od Jumbo Jeta. Swoją drogą, kulą w płot nie trafiłem. No, wszystko się zgadza, ale mieć takie luki w swojej pamięci?

Gdy wreszcie dopłynąłem w obiecujące miejsce, mniej więcej po dwóch kwadransach bezowocnego biczowania wody byłem rozczarowany. Przecież tu wczoraj szczupaków złowiłem, a teraz, co? Szeptałem, wpatrując się w ławice wylegających ze trzcin malutkich słonecznic. Na różne sposoby rzucałem każdą swoją przynętą. Nie miałem żadnego stuknięcia. Dopiero co, byłem taki żądny sukcesu, a teraz poczułem niesmak. Plułem sobie w brodę, że choć na chwilę nie zatrzymałem się na jeziorze mojtyńskim. Wlepiając wzrok w stronę tej wielkiej bobrowej wyspy, w jednej chwili trysnęły mi w głowie następne wspomnienia. Szczególnie zerwane okazy, które zapewne są jeszcze tam do złowienia. Niemalże przez cały czas wiosłowałem równolegle do brzegu. Mijałem niewdzięczne zatoki, w których nigdy nic nie złowiłem. Potem znów płynąłem blisko gęstego pasa trzcin. Tam mogłem obserwować litoral. Co chwilę wzrokiem przeszywałem czystą toń, szukając w niej ryb. Raz wpatrywałem się w rufę łodzi, a raz w oddalający się punkt, z którego wypłynąłem na rozległe jezioro. W dodatku tę niewielką gardziel rozpoznawałem nawet z największej, możliwej odległości jeziora Nawiady.

Na chwilę wbiłem wzrok w pudło z woblerami. Rozważałem rodzaj i właściwie użytą kolejność przynęt do planowanego łowiska. Musiałem również wziąć pod uwagę warunki. W różnych zakątkach szczupaki brały o innych porach. Najwięcej o świcie, trochę w południe, no i pod wieczór. Chociaż, różnie z rybami bywa. Nie obrażając się na sugerowany kalendarz brań, szczupaki łowiłem również przed południem i po południu. Kluczową rolę odegrały tu srebrne, właściwie pracujące wabiki. Oczywiście, użyte w odpowiednim miejscu i czasie. Na przykład pikujące w dół woblery, o agresywnej pracy, prowadziłem w średnim tempie po stromych stokach. Szczególnie w okresie żerowania drapieżców, zaś bardzo wolno podczas sjesty.

Następnym elementem efektownego łowienia była iluminacja łowiska. Odpowiednio oświetlony stok, zielsko, w którym drapieżnik mógł się zaczaić. Zmienne podłoże a przede wszystkim właściwie poprowadzona po nim przynęta. W płytkich, rozległych i nieco porośniętych zatokach zazwyczaj łowiłem na łagodnie i płytko schodzące woblery. Prowadziłem je bardzo szybko, szczególnie w okresie intensywnego żerowania szczupaków. Miałem też woblery płytko schodzące o bardzo mocnej pracy i zwykle używałem ich do obławiania płytkich, rozległych obszarów wody. Ten rodzaj woblerów również zajmował wysoką półkę. Późnym popołudniem w rozległej toni łowiłem na nie szczupaki przekraczające czasami wagę dziesięciu kilo. Toteż znajomi i nieznajomi częstokroć zadawali mi pytanie, dlaczego zajmuję się ręcznym wyrobem woblerów? Wielu wędkarzy do dziś nie może zrozumieć, że dla mnie połów metodą na żywca jest nie do przyjęcia. Nie znaczy to, że na żywca nie umiem łowić. Dobrze wiem jak to się robi, lecz z mojego punktu widzenia zabijanie, poprzez wstępne męczarnie jednego istnienia, po to by złowić drugie jest nie do przyjęcia. Zabić jedno, po to, by zabić dwa? Ale to tylko jest moje zdanie, iż warto się zastanowić nad sensem życia.

Jednostajnie i rytmicznie wiosłując wciąż wpatrywałem się w oddalające ode mnie dalekie znane mi orientacyjne punkty i charakterystyczne części jeziora. Co kilka minut obserwowałem rybitwy. W milczeniu przelatujące nade mną ptaki, czasem zerkały na mnie. Wolno wyprzedzały mnie, jakby chciały, jako pierwsze dotrzeć na moje miejsce. Po lewej ode mnie, w stronę środka jeziora, na lekkiej fali spokojnie kołysało się kilka szaro-białych mew. W zasadzie, to one czekały tam na pojawienie się ławicy uklei, sprowokowanych atakiem okoni. Opanowany, zrelaksowany, głęboko nabierałem w płuca mazurskiego powietrza. Zdecydowanie zapierając nogi o próg szorstkiego podestu z uciechą rytmicznie wiosłowałem.

Widok

Cieszyłem się że jestem tu, nabieram sił, że widzę i czuję tę piękną okalającą mnie przyrodę. Brakowało mi tu moich najbliższych, szczególnie ojca i syna, którym chciałem ukazać tak szybko przemijające chwile. Przed laty mój ojciec pokazał, nauczył mnie łowić ryby, był guru we wszystkim, za co jestem dozgonnie mu wdzięczny. Mój chłopak? On wolał grać w piłkę lub strzelać z procy, niż ze mną pojechać na ryby. Kilkaset metrów dalej tempo łódki zwolniłem, jako że znów natrafiłem na ślady „pracy” rybaków. Zmiażdżony pas trzcin, skotłowana część litoralu, wręcz sterty zielska wywleczonego niewodem z dna jeziora na brzeg. Próbowałem pominąć wzrokiem widoczne zgliszcza, ale na próżno, tak się nie dało. Odprowadzając wzrokiem sponiewierany fragment jeziora, poczynając od lewej strony, sukcesywnie chciałem okrążać wyspę. Wolno wnikałem swą łajbą w długie, łukowate i zacieśniające się przewężenie. Średnio szeroki na sto metrów i około trzy stumetrowy odcinek stanowił przejście do moich marzeń, terenów, gdzie mógłbym bez przerwy łowić.

Za wyspą brały takie karpie.
W przewężeniu przed wyspą brały takie karpie.

Wielodniowe nęcenie białej ryby, pozwoliło mi tu na połów ogromnych karpi. Nie wiadomo skąd pojawiały się okazałe liny, przeszło trzykilogramowe leszcze i dorodne płocie. Spoglądając przez lewe ramię zobaczyłem na częściowo do wody zwalonym drzewie z dziesięć czarnych kormoranów. Jeszcze tego brakuje! Uniosłem się. One patrzyły na mnie. Swą obecnością ten ptak stał się zagrożeniem wodnego środowiska. Poprzez wyborne zdolności, liczne stado przelotnych ptaków stało się utrapieniem hodowców ryb, rybaków, nie wspominając już o wędkarzach. Nurkując kormoran zdobywa i zjada około pół kilo ryb dziennie. W dodatku objęty jest ochroną gatunkową, ale mam nadzieję, że niebawem to się zmieni.

Wreszcie znalazłem się za wyspą bobrową. Cudowne dzieło natury miało około pięć hektarów. Z czarnej jak smoła, jakby spróchniałej ziemi czerpał swe dobra zdziczały las. Na ogół ciasno porastające wyspę znaczące, liściaste drzewa utrudniały dostęp do słonecznego światła. Dlatego w północnej części tego reliktu panował ponury i specyficzny mikroklimat. Część zwalonych konarów była dzięki panoszącym się bobrom. Zaś widok roztrzaskanych drzew przez pioruny zastanawiał mnie o sile gwałtownego żywiołu. Potykałem się tam o ślady pozostawione przez zwierzęta. Dzięki swej plastyczności ekologicznej dzik jest jednym z najważniejszych i najliczniejszych dużych ssaków naszej strefy klimatycznej. Poza tym łosie, sarny i jelenie również pozostawiały ślady na wyspie. Jej drugi kraniec obfitował w karłowate brzozy. Między nimi rosły jałowce. Soczysta zieleń puszystej i półmetrowej warstwy mchu wypełniała pustkę. W nabrzeżu wyspy dwoiły i troiły się kępy oczeretu jeziorowego, zaś luki pomiędzy łodygami sitowia wypełniały paprocie – ot, takie kuriozum. Na liściach grążela bezlitośnie pastwiły się żaby nad skupiskiem jętki.

Fragment jeziora Nawiady (za wyspą bobrową)
Fragment jeziora Nawiady (za wyspą bobrową)

Z końcem wyspy, oddzielał wyspę od lądu szeroki na sto metrów prosty jak drut odcinek. Wzorem lustra gładka, o zielonkawym odcieniu przejrzysta woda znikała za kolejną częścią wyspy. W widocznym krańcu rzucała się w oczy gruntowna, okrągła zatoka, nieco porośnięta inną odmianą rdestnicy. Mimo, że dzieliła mnie około trzystu metrowa odległość, w tryskających zielenią gęstych szuwarach, słabo widoczny był przesmyk na niewielkie, wręcz czarujące jezioro o nazwie Nawiadki. Ze względu na zróżnicowanie środowisk wodnych (zasilanie energią słoneczną podłoże, skład jego i wody) w jednym z wielu połączonych ze sobą małych zbiorników jeziorowych, niektóre zwierzęta i rośliny nosiły unikatowe znamiona. Wybitnie ubarwione intensywnie złotym kolorem szczupaki, mieniły meksykańską czerwienią płetwy. Najeżone okonie niemalże porażały jaskrawą zielenią pręgowanych wzorów a płetwy odznaczały się kolorem Orange.

Fragment jeziora Nawiadki
Fragment jeziora Nawiadki. Błękitny kolor tej wody jest tylko pozorny. Zaczerpnięta woda dłoniom nadawała głęboko czerwoną barwę.

0000Zaczerpnięta woda, w słońcu, dłoniom nadawała głęboko czerwonobrązową barwę. Roślinność oscylująca w granicach koloru bursztynowego po burgund, ubogo powlekająca dno, wyraźnie była widoczna przez kilkumetrową, zaskakująco przejrzystą warstwę wody. Jasno czerwone fragmenty ramienicy odznaczały się kruchą konstrukcją, jakby wycięte ze szkła. Zaś całkiem odmiennym kolorem burzliwej zieleni wyrażały inne byliny. Tymczasem linia brzegowa otaczająca wyspę bobrową miejscami była kręta, podobnie jak na Nawiadkach. Było tam kilka półwyspów i małych zatok. Na oko, obszar ten był ze trzysta pięćdziesiąt metrów długości i mniej więcej sto pięćdziesiąt szerokości. W końcowym fragmencie tej powierzchni wody, po lewej stronie, widoczny był następny zakręt. Krótki przepływ prowadził do niewielkiego okrągłego na miarę ogromnej patelni, kilkuhektarowego rozlewiska. W upatrzonym kierunku chętnie puściłem się na wiosłach. Pochłonięty myślami rozpędziłem się niczym wirnik silnika odrzutowego. Przed skrajnym brzegiem ledwo łódź wyhamowałem. Gdzie ja płynę, puknąłem się w czoło. Znałem tu każdy kąt, wiedziałem jak po omacku odnaleźć powrotną drogę, a teraz jak ślepiec władowałbym się na brzeg. W tym kipiącym ekspresją miejscu tak naprawdę się rozpraszałem. Właściwie tu czułem się beztrosko, bezpiecznie.

Panorama "patelni"
Panorama „patelni”

Ruszyłem z powrotem i zatrzymałem prawie na środku tej „patelni”. Badawczo wyjrzałem za burtę. W toni spokojnym, harmonicznym ruchem, jak jednolite, żywe masy ciał zawieszone w przestworzach, unosiły się ławice uklei. W ogóle nie bały się mnie. Raczej miałem poczucie, że to ja byłem obiektem do oglądania. Tym bardziej widziałem, jak z ciekawością wpatrywało się we mnie tysiące malutkich oczu. Gdy pomijałem gwałtowne ruchy, malutkie ukleje podpływały blisko łódki. Jakby swym zachowaniem zadawały pytanie, czego się gapię, czego tu chcę? W przerwie pomiędzy ławicami przeszywałem wzrokiem klarowną, ciemno-zieloną barwę wody. Oprócz ramienicy szczelnie powlekającej dno oraz dorodnych kęp osoki aloesowatej dostrzegłem osobliwe, zwarte, jasno-zielone kłęby dziwnych glonów. Z wyglądu niektóre przypominały grzyby tuż po wybuchu bomby atomowej, inne gładkie bulwy, a kolejne po prostu rozwichrzoną watę. Z wolna unosząc głowę, spostrzegłem równomierne wypłycanie się dna zatoki. Brzeg był gęsto zarośnięty szuwarem. To osobliwe miejsce wygląda dziś tak, jakby tu kiedyś w ziemi odcisnęła swój ślad gigantyczna piłka. A może w to miejsce po prostu uderzył meteor? W każdym razie niszę – krater dziś wypełnia woda.

Gdy lody puszczają i świeci słońce tu się odbywa tarło szczupaka (fragment jeziora Nawiady, tuż przed "patelnią")
Gdy lody puszczają i świeci słońce tu się odbywa tarło szczupaka (fragment jeziora Nawiady, tuż przed „patelnią”)

Z czasem pojawiły się skupiska pałki szeroko i wąsko listnej, sitowia, trzcin i tataraków. Zza szuwarów wystawały korony drzew. Kojącą ciszę przerywały ślizgające się po gładkiej powierzchni wody doniosłe śpiewy ptaków. Oprócz zapachu żywicy pochodzącego z pobliskiego lasu obszary brzegowe niekiedy zdobiły żółte irysy, kwiaty roślin kosaćcowatych. W innych miejscach rzucały urok granatowe gromady mieczyków, a po przeciwnej stronie w szuwarach widoczne były pąsowe kwiaty krwawnicowate. Tudzież po cielistym odcieniu piaszczystego dna płycizn brodziły bociany. Niewielkie fragmenty brzegowe porastała tu wyjątkowo gruba pałka szerokolistna. W nenufarach kotłowały się jakieś ryby. W tętniącym życiem zakątku, swą obecnością spłoszyłem czaplę siwą. Ten sprytny ptak wrzucone do wody martwe owady, wykorzystuje jako przynęty do łapania ryb. Jak grom z jasnego nieba, moje zauroczenie rozproszył śmigający nad moją głową warkot ociężale wyglądającej bąkowatej muchówki.

Rozglądając się wkoło zrozumiałem, że nie warto zakłócać spokoju. Z góry wiedziałem, że tu o tej porze i tak nic nie złowię. Lecz chciałem przez chwilę tu być, wspominać, rzucić okiem w miejsce, gdzie przed laty mnie, moją mamę i znajomych przeganiały z łąki młode byki. Za bezczelne olanie moczem jedynego krzewu na łące, mój stary musiał spieprzać przed rozjuszonym buhajem. Ojciec w porę wskoczył do łódki i szybko odpłynęliśmy. Tonowe byczysko głośno rycząc i tupiąc, jeszcze długo domagało się konfrontacji. Wciąż z mojej głowy wylewały się wspomnienia związane z tym miejscem. Chciałem spoglądać w tę wodę, wykąpać się, smakować ją, powąchać kwiaty, wziąć głęboki oddech i zjeść tu śniadanie. Była dziewiąta trzydzieści, gdy się wycofałem. Ślimaczym tempem płynąłem w stronę wyspy. Gdy już tam dotarłem, tym razem obrałem punkt pomiędzy wyspą a początkiem grząskiego lądu. Na lewo ode mnie, w płytko zalanych czystą wodą zatokach, dostrzegłem cienie snujących się ryb. Wyglądały niczym podwodne łodzie miniaturowe, poruszające się w zwolnionym tempie. To chyba karpie. Czasem pokazywały swój ryj, jakby szeptały do siebie. Wyraźnie nie przeszkadzały im tańczące łabędzie i te, głęboko zaawansowane w związek partnerski. Łyski wygłupiały się, a kaczki woziły na grzbiecie swoje maleństwa.

Lilie wodne

Cały teren otaczał rozległy pas trzcin, który bardzo utrudniał dostęp do brzegu. Natomiast pode mną było w sam raz, cztery metry głębokości. Mogłem tam spinningować do woli i w każdą stronę. Z prawej strony, w oblanej słońcem wodzie, zobaczyłem pływające o długim ogonku, skórzaste liście grążela żółtego. Po przeciwnej stronie, bielące się w słońcu grzybienie białe. To kwiaty Lilii wodnych, wyrastające z płaskich kapeluchów. W sitowiu iskrzyły srebrzysto-żółtym blaskiem z jaskrawo czerwonymi płetwami niewielkie ryby. Poruszone moim widokiem wzdręgi kryły się w oczeretach. W tym samym momencie uderzył mnie intensywny zapach dzikiego jaśminowca, właśnie którego woń czułem już z dużej odległości.
O Boże, jak tu pięknie – byłem znów zachwycony widokiem, który w dodatku poczułem. Wśród szuwarów zręcznie fruwały skrzeczące trzciniaki. Z głębi wyspy dochodził cykliczny głos kukułki. Spojrzałem w górę, by prosić Boga o wieczny stan urodzaju obecnej przyrody, o zdrowie rodziny i dorodną rybę. Moje oczy trafiły na parę rdzawo-brązowych orlików krzykliwych. Nielicznie występujący ptak w Polsce ma doskonały wzrok. Pozwala mu z bardzo daleka dostrzec ofiarę, którą najczęściej atakuje znienacka. Główną dietę stanowi niewielka zwierzyna naziemna.

Część 4

Zgłodniałem. Z trudem przedarłem się przez gęste trzciny i na bagnistym brzegu wyspy pozostawiłem łódź. Na małej i trochę wilgotnej polanie rozpaliłem ognisko. Kolejno wypiekałem plastry wędzonego boczku. Pycha. Spękana i ociekająca tłuszczem gorąca kiełbaska zaspokoiła moje pragnienie pieczeni z rożna. Słońce przygrzewało. Było bezwietrznie, ciepło i przyjemnie. Na wszelki wypadek ugasiłem palenisko. Z plecaka wyjąłem słonecznik. Łuskając pestki położyłem się na zwalonym konarze.
Ech, jakie tu świeże powietrze – wszechobecny zapach żywicy przewracał mi w głowie. Zmrużyłem oczy. Czułem, że odlatuję. W tle cichego szumu lasu moją głowę wypełniały koncertowe śpiewy ptaków. Niesione leśnym echem trele, ćwierkania i terlikania jakoś wyjątkowo słyszałem idealnie. Jakbym siedział w samym centrum wielkiego kompleksu rozrywki muszli koncertowej, która działając na miarę wklęsłego zwierciadła w optyce i właśnie swym ogniskiem wzmacniała popisy leśnych ptaków. Nie sposób mi było pominąć choćby fragmentu wiersza Juliana Tuwima pt. „Ptasie radio”.

…”Na to wróbel za terlikał:
Cóż to znowu za muzyka?
Muszę zajrzeć do słownika,
By zrozumieć śpiew słowika” …

W tamtym czasie przypomniała mi się moja beztroska młodość, moja mama, gdy czytała mi najpiękniejsze wiersze i bajki dla dzieci. Moje retrospekcje powoli rozwiewały podejrzane szmery. Zaniepokojony z wolna uniosłem się i odwróciłem. Na końcu pniaka siedziała sikorka. Półtora metra ode mnie, na słoneczniku wylądował szaroniebieski, troszkę większy od sikorki ptaszek. To kowalik. W poszukiwaniu robaków, jako jedyny ptak bez problemu porusza się w dół i górę po pniu drzewa. Coś trzymał w dziobie. Zlustrował mnie i zręcznie świsnął pestkę słonecznika. To samo zrobiła sikorka.
– Taa, tylko oczy przymrużyłem a już mnie obrabiają. Tak, jak zręczni kieszonkowcy w komunikacji miejskiej – zdziwiłem się. Coraz bardziej wpatrywałem się w godne uwagi postępy ptaków. Tak naprawdę nie wiem jak to się stało, ale zdaje się na drodze barterowej sikorka i kowalik wymieniali ze mną pestki na robaki! Na słoneczniku leżały jakieś sfatygowane, owłosione lichy!

Barterowa wymiana
Barterowa wymiana

Z podziwem patrzyłem na niezwykle uczciwych i bezpośrednich handlowców. Żegnając wyspę delikwentom pozostawiłem słonecznik. Tym razem spinning uzbroiłem w wobler przypominający małego szczupaka. Ten smukły wabik, o bardzo drobnej i mocnej pracy traktowałem jak asa z rękawa. Z bardzo dobrym efektem, najczęściej stosowałem go w porach sjesty i jesiennego bezrybia. Rozejrzałem się i daleko machnąłem nim w przeciwną stronę, pod zielska porastające oświetlony wiosennym słońcem podwodny półwysep. Gdy usłyszałem już plusk przynęty, naprężyłem zestaw. Skupiłem się nad właściwą techniką prowadzenia egzotycznego wabika. Niemalże od razu gruchnął pierwszy drapieżnik. Są! Warknąłem. Tu, w tym miejscu również zaczęły się salwy bezwzględnych drapieżców. Szczupaki, może nie były potężne, takie kilo do dwóch, ale dawały mi przednią sportową zabawę. Tylko z tego jednego miejsca wyjąłem jedenaście zębaczy na jeden i ten sam wobler. Niekiedy robiłem im zdjęcia i wolno puszczałem do wody. A potem z zacięciem znów je łowiłem.

Atomowe brania 3-4 kilogramowych szczupaków były odczuwalne tylko w dużych zatokach i z dala od lądu. Zaś poczucie efektownych ataków i hol tych większych zębaczy miałem w okolicach półwyspów daleko zapuszczających się w toń otwartej wody. I wciąż łowiłem je na tę samą przynętę. Nigdy w głębinie jeziora Nawiady szczupaka nie złowiłem. W to miejsce miałem wrażenie, że pod skupiskami liściastego zielska o długich łodygach, drapieżniki jakby czekały na fartownego, mojego woblera. Czekały na to, gdy pod sam pysk podam im specjalne danie. Ze względu na specyficzną pracę w następne moje pomysłowe modele szczupaki też biły bez pudła.

Z natury podstępne szczupaki są krótkowidzami. Mimo to, z odległości jednego metra mają nadzwyczajny wzrok i doskonały refleks. To ich atut. Swym wyglądem potrafią się wtopić w otoczenie i udawać na przykład patyk. Te drapieżniki w większości atakują niespodziewanie szybko. Są kanibalami i zdolni do połykania niewiele mniejszych ofiar od siebie. W aparacie gębowym ostrych jak brzytwa, około siedemset pięćdziesiąt zębów, skierowanych w stronę przełyku, pozwala szczupakom niemalże perfekcyjnie zdobywać ofiary. Z trwogą patrzyłem na ogromną paszczę i przepastny przełyk, rozmyślając o przepadających tam jednostkach życia. Zdrowe, silne o atletycznej budowie złowione na spinning zębacze zdecydowanie różniły się wigorem od swych pobratymców pochodzenia rzecznego. Po spektakularnym apogeum brań bezgłośnie podpływałem w miejsce gwałtownych akcji, by w słonecznej przejrzystej wodzie podejrzeć, zobaczyć jak czatują, atakują swoje ofiary. Wszystko na nic. Moją obecnością spłoszony łowca, wzorem kameleona, wtopiony w pejzaż niekończących się bajecznych ogrodów, skutecznie krył się i był nie do zobaczenia. O smukłej, kojarzonej z pociskiem budowie, złowione szczupaki na pokrytym łuską ciele, przemawiały żółto złotozielone cętki. Tonująca maska poprzecznych pręg na ciele tych zwierząt do złudzenia przypominała roślinność wodną.

Znudzony wnikliwym wypatrywaniem krwiożerczych bestii około południa przeniosłem się za kolejny, odległy róg wyspy. Z drugiej strony, w promieniach słonecznych odbite od powierzchni lazurowe niebo, niezwykle kontrastowało z urodą otaczającej tę wodę soczystej zieleni. Miejscami przeplatanej kwiatami żółtego i granatowego irysa. Z tej strony, brzeg zatoki jeziora porastał wysoki las. W znacznym stopniu w powietrzu unosił się przyjemny zapach żywicy oraz leśnego igliwia. Wciąż było ciepło i bezwietrznie. Temperatura w słońcu przewyższała trzydzieści stopni. Zaś głębokość wody tu nie przekraczała pięć metrów. Między trzcinami po lewej stronie dostrzegłem grupkę perkozów. Nie chciałem ich płoszyć. Odwróciłem się w przeciwną stronę. Wystające nad wodę fragmenty zielsk dawały nadzieję na atak wyrafinowanego drapieżcy. Jest dobrze, więc łódź cicho zakotwiczyłem. Tu śmiało mogłem pozwolić sobie na spinningowanie tą samą przynętą, która przez cały czas praktycznie zdawała egzamin. Zresztą nie wymienia się zawodników kiedy dobrze grają.

Niebawem coś mocno szarpnęło wędką. Natężony zestaw nie pozwalał mi na swobodne zwijanie żyłki. Powstał chwilowy impas. W moją stronę drapieżnik nie dał się w ogóle podciągnąć. Oj, zdaje się zwietrzyłem większą sztukę! Na wszelki wypadek skoczyłem do cumy. Dokładnie nie mogłem ocenić wielkości ryby, jednakże podczas tej operacji musiałem stale utrzymać kontakt. Oczywiście, kontakt po przez chociażby lekko napiętą żyłkę. Inaczej drapieżca miał duże szanse na uwolnienie się z zaczepu kotwiczki. Należy podkreślić tu, iż szczupak często potrafi się pozbyć zakleszczonego w swoim przełyku uzbrojonego w kolce okonia. Ściskając kij w garści, czułem jak z emocji znów tłukło mi serce. Po dokręceniu hamulca, powoli, trochę z oporem zwierzę ruszyło w moim kierunku. Nawet nie wiem jak to się stało, kiedy tuż przy łodzi, pierwszy raz wynurzył się opasły szczupak. Zrobił nawrót. W powietrzu gwałtownie machnął ogonem, jakby pogroził i przepadł w czeluści. Napiąłem kij, próbując powstrzymać uciekające zwierzę. Wszystko na nic, albowiem szczupak był zdecydowanie silniejszy. Chwilami eksplodował złością, chyba dlatego, że próbowałem go powstrzymać. Czułem jak dynamicznie, raz w lewo, potem w prawo targał łbem. Zwruciłem uwagę na ekstremalnie wygiętą wędkę. Musiałem odpuszczać, zwalniać hamulec. Obawiałem się też, czy nie przesadzę stawianiem przeciwnikowi zbytniego oporu.

Gdy rozszalały szczupak nieco odpuszczał, właśnie wtedy podkręcałem hamulec. Napinałem zestaw i uparcie ciągnąłem go w swoim kierunku. Gdy drapieżnika ściągałem do łodzi, w pobliżu jej stanowczo stawiał się bokiem. Potem uciekał i uparcie powtarzał swój exodus. Mimo wszystko znów odpuszczałem i z lekkim oporem oddawałem mu kilka metrów żyłki. W kołowrotku skokowo dokręcając mechanizm hamulca, nielicho napiąłem wędkę. Mozolnie ciągnąłem do siebie. Gdy dalej przeciwnik demonstrował swą siłę, znów odpuszczałem. W ten sposób odpowiednio manewrując zestawem, pokornie i bez pośpiechu ujarzmiałem go. Wówczas władałem lekkim zestawem, więc nie bardzo mogłem pozwolić sobie na jakieś szaleństwa. Jak dla mnie to było dużo. W trakcie akrobatycznego holu tej ryby, czułem realny ciężar. Zastanawiałem się, czy na pewno tą wędką sobie poradzę. Również obawa dotyczyła słabo zapiętej kotwiczki o górną, kruchą szczękę.

Po niepełnym kwadransie zręcznie doholowałem zmęczonego zwierzaka. Przed jego mordą ustawiłem obszerny podbierak. Na widok siatki jeszcze próbował wystrzelić świecę. Napiąłem kij, by nie dopuścić do tego. Zakotłowało się. Błyskawicznie przeszło mi przez myśl pytanie, odpiął się czy nie? Spieniona woda tylko syczała. Znów poczułem przyjemny ciężar. „Moje akcje rosły”. Jeszcze raz ustawiłem podbierak i tym razem jednym sprawnym ruchem umieściłem w nim rybę. Mam go! Szybko odkładając wędkę z dwóch stron chwyciłem obręcz podbieraka. Pełen szczęścia wrzuciłem zdobycz do łodzi. Zniewolony szczupak zaczął się miotać, zdaje się całkowicie jeszcze nie opadł z sił. Radość i moje wrzaski przykuły uwagę jakiegoś moczykija. Nieopodal łowiący z pobliskiej kładki starszy wędkarz gratulując mi zrobił pamiątkową fotkę.

Za wyspą bobrową złowiłem kolejną sztukę
Za wyspą bobrową złowiłem kolejną sztukę, miała ponad 12kg

Poczułem dobrą passę i nie czekając na wieniec laurowy natychmiast wskoczyłem do łódki. Rozpalony emocjami, jak na skrzydłach już chciałem lecieć po następnego zębacza. Ale przedtem jakaś siła nakazywała mi wypuścić nieszczęsne zwierzę. Przyglądałem się, jak pokonany przeciwnik leżał na pomoście i łapczywie trwonił powietrze. Zaraz się udusi cicho wyszeptałem. Być może w chwili przypływu miłości do zwierząt, bez namysłu chciałem go teraz uwolnić.
Co pan robi!? Jest pan pewien? Przecież ten szczupak sieje grozę wśród mieszkańców tej wody. Poza tym, byłaby smaczna kolacja – starszy pan zwrócił mi uwagę. Potem pytał o przynętę. Ach, jakie piękne woblery, gdzie, o rany, łaaa, jaka ekstra wędka. I u kogo można kupić taką łódkę, itd., Gość z każdej strony obrzucał mnie epitetami pochwał, a potem znów natrętnie pytał. Bez zbędnego tłumaczenia podziękowałem za fotkę. Ostrożnie wskoczyłem z rybą do łódki i tuż przy pomoście wyłożyłem za burtę. Szczupak nie od razu odpłynął. Był oszołomiony i wyczerpany. Żeby go trochę ocucić, dotlenić to w pierwszej kolejności mocno chwyciłem za część ogonową. Poruszałem wzdłuż cętkowanym cielskiem. Przez uchyloną mordę i skrzela swobodny przepływ wody przywracał mu siły. Z czasem gwałtownie poruszył się, naprężył i chciał wyrwać swój ogon z żelaznego uścisku. Szczupak z umiarem nabierał wigoru. Gdy uświadomiłem sobie, że był już gotów, poluzowałem dłoń. Wolno puściłem go niczym wykonany z pietyzmem model zabytkowego okrętu. Z wyraźnym przejęciem przyglądaliśmy się, jak złote cętki wielkiego szczupaka wpierw matowiały, a potem znikły w ciemno-zielonej czeluści.
– Nie szkoda panu tego potwora, przecież ja teraz nic tu nie złowię – w moją stronę wędkarz rzucił pretensje.
– Wręcz przeciwnie, właśnie teraz ma pan dodatkową szansę – skontrowałem. Z wybałuszonymi oczyma chłopina wpatrywał się we mnie.
Widzi pan, ja mam nieco inne wizje. Dotychczas przyroda radziła sobie z jeszcze większymi złoczyńcami uśmiechnąłem się. Zresztą nie raz miałem tu spotkania z naprawdę sporymi szczupakami. W dodatku, ostatnio mam nosa. A jeśli pan go nie złowi to proszę poczekać. Zaraz podpłynę do pana z kolejnym takim, jak nie większym okazem – zakpiłem, jakbym na co dzień tu łowił takie sztuki. Odwiązałem cumę i odepchnąłem łódź od pomostu.
Hyk, hyk – słyszałem. Facet dostał upierdliwej czkawki. Potem coś mrucząc pod nosem wzruszył ramionami. Odwrócił się na pięcie i przezornie ruszył w kierunku swojej wędki. Po uwolnieniu tego szczupaka tak naprawdę miałem mieszane uczucia. Trochę szkoda mi było, przecież w stanicy tym niecodziennym okazem narobiłbym sensacji. Tylko, po co? Ażeby tu inni zjawili się i dno przeorali? Lotem błyskawicy zaraz dowiedzieliby się rybacy! Już nie wyobrażałem sobie, co by zrobili w tym miejscu, ażeby złapać tego szczupaka… Ugryzłem się w język. Ja dla odmiany dysponowałem już fajną i w dodatku nie jedną pamiątką z udanej wyprawy. Swoją drogą byłem ciekaw, jak wyszliśmy na zdjęciu. Szczupak, no i śliczny ja.

Część 5

Postanowiłem, że w tym samym miejscu jeszcze raz zakotwiczę. Chciałem ponownie spróbować swych sił. Może dziś mam swój dzień? A może, właśnie dziś biorą te większe sztuki. Przyglądając się swoim woblerom, co raz bardziej nabierałem optymizmu w to, co robiłem. Zakotwiczyłem bodajże w tym samym miejscu. Rzuciłem okiem na fartowny wobler. W skupieniu wykonałem nim kilka rzutów. Kwadrans później się niecierpliwiłem. Przez kolejne pół godziny nie wyczułem nawet najmniejszego stuknięcia. Zobojętniały zacząłem wymieniać przynęty. W kropki, ciapki, zielony a później czerwony twister. Ripper, wirówka i znów wobler w paski. Po około dziesięciu kolejnych zmianach, jednak wróciłem do tego wabika, na którego złowiłem ostatniego szczupaka. Nie wiem dlaczego tego wcześniej nie zauważyłem, ale wkoło łódki była mętna woda. Opuszczona kotwica uwolniła nagromadzone gazy z sieci splątanych ramion ramienicy. W promieniu pięciu metrów tumany mułu przyćmiły przejrzystość wody. Zdaje się na długo ryby przestały brać.

Tak minął kolejny kwadrans. Zirytowany, chciałem już przenieść się w inne miejsce. I wtedy, podczas ostatniego zwijania żyłki poczułem następne grzmotnięcie w wobler. No! Wykrzyczałem czekałem na to! W chwili napięcia zestawu poczułem gwałtowny przypływ adrenaliny. On czy ja będę ciągnął w swoją stronę? Jednak to on był silniejszy i zdecydowanie zaczął wyciągać mi żyłkę. Z wigorem rzuciłem się do poderwania kotwicy. I tym razem, jak na złość cholernie ciężko mi szło wyjmowanie cumy. Okazało się, że w splątanym pęku zamulonego zielska ukryta była kotwica. Z pękiem wodorostów normalnie nie dam rady wiosłować! A ryba zaraz mi spieprzy, warknąłem. Nic mi nie pozostało, jak na zewnątrz możliwie szybko oczyścić kotwicę. W dodatku, uwolniony z podłoża zatoki smród siarkowodoru otoczył mnie. Ryba zaś nie czekała, aż przewietrzę teren zatoki. Ona już gnała w przeciwną stronę. I w tym czasie, bez problemu wyciągnęła mi już ponad sto metrów żyłki.

Gdy wreszcie udało mi się oswobodzić kotwicę szarpnąłem wiosłami. W kierunku napiętej żyłki puściłem się w pogoń. Równie szybko zacząłem zwijać jej nadmiar. Poczułem opór. Jest kontakt syknąłem. Gdy tylko napiąłem zestaw żyłka ze szpuli kołowrotka znów zaczęła ubywać. Z czuciem dokręciłem hamulec i ryba wreszcie się zatrzymała. Teraz nie mogłem jej ruszyć. Przymurowała, jakby się wbiła w dno. Nie bardzo chciałem ciągnąć na siłę, więc powiosłowałem w jej stronę. Prawdę mówiąc już powątpiewałem w potencjał żyłki. Na pewno ostatnie zmagania ją przeciążyły. Swój wehikuł pchałem wiosłami rufą do przodu. Chwyciłem w garść spinning i znów zwijałem cenne metry żyłki. Potem usiadłem tyłkiem na kiju i wiosłowałem. W ten sposób starałem się maksymalnie ograniczać poluzowanie zestawu choć nie było to łatwe. Gdy już znalazłem się w okolicy zaczepu znów dokręciłem hamulec. Zacząłem lekko pompować. Podczas kilkusekundowego, impulsywnego napinania zestawu ryba, jak na zawołanie ruszyła w moim kierunku. Tym razem nie nadążałem zwijać nadmiaru żyłki.
– O rany! – wybałuszyłem ślepia. Z czeluści wyłonił się niesłychanie duży szczupak. Ba! Wzorem przypomina półtora metrową katiuszę!
To chyba ten wielki szczupak, o którym miejscowi opowiadali legendy. Podobno ten archaiczny zwierz im kaczki wyżerał. He, he, głośno zarżałem. Bujda na resorach! Istniejący urodzaj zwierząt wyżywiłyby tu plezjozaura, więc, po co szczupakowi domowe kaczki? No tak, ale szczupak jest wyjątkowo żarłoczny i właściwie niczym nie gardzi, więc to po części tłumaczy opowiadania miejscowych.

Gdy zobaczyłem wystający z pyska kawałek twardego przyponu ulżyło mi. Wobler tkwił głęboko w zarąbistej paszczy. Dotarło do mnie, że on należał już do mnie. Lewą ręką namacałem podbierak i silnie napiąłem kij. Szczupak był duży i diabelnie ciężki. Opornie, ślimaczym tempem zacząłem go wciągać do matni. Na widok siatki opasły zwierz nagle dostał jakiegoś szału. Potrząsał łbem i odskoczył. Ogonem uderzył w podbierak, niczym pałą w cymbał. Na wprost rzygnęła woda. Przez chwilę nic nie widziałem, wszystko działo się w ułamku sekundy. Poczułem gwałtowne szarpanie, jakby ktoś z ręki chciał wyrwać mi rączkę od podbieraka. Otarłem spryskaną twarz. Wędka znów się raptownie wygięła. Poczułem lekki, jednolity opór. Rozpaczliwe szarpania wędką nic już nie dały. Zbaraniałem na widok pustego podbieraka. Byłem bezsilny i nic już nie mogłem zrobić. Kiedy wzburzona woda uspokoiła się, po prostu szczupaka nie było. Lipa. Z trwogą patrzyłem na znikające kręgi. W podbieraku tkwił mój odcięty od pozostałości wobler. Pomyślałem o ojcu. Jak ja bym chciał, by teraz ze mną tu był. Chciałem aby zobaczył, jaką bestię przytargałem do łodzi no, i jak tę akcję sknociłem. Z pokorą opuściłem głowę. Co innego jest opowiadać o wielkich rybach i jakie to się zerwały, a co innego złowić, ujrzeć na własne oczy, uwiecznić. Wtedy, kolejny raz czułem się upokorzony. Z emocji długo jeszcze tłukło mi serce. Cholera, nie pierwszy i chyba nie ostatni zerwany tak wielki szczupak, zgrzytnąłem zębami. Z doświadczenia wiem, że zerwane ryby są zawsze największe…, Czy aby na pewno?

Na tę chwilę przypomniała mi się dziwna historia sprzed lat. Nasza ekipa spinningistów brała udział w międzyzakładowych zawodach wędkarskich z łódki. Przeciwnik mój krzyknął, że właśnie zaciął bardzo dużą rybę. Przez chwilę zamarłem. Z uwagą obserwowałem, jak sprzęt konkurenta przesadnie naprężał się, a kołowrotek szalenie jazgotał. Nie chodzi o to, gdy pękła mu żyłka. Lecz w późniejszym czasie wyholowałem dwukilowca, który miał w paszczy blachę mojego rywala. Współzawodniczący przyznał, że zestaw miał na okonki. Zaś wielkość jest pojęciem względnym i dwukilogramowy szczupak dla niego jest potworem.

Dygoczącymi rękoma przywiązałem ten sam model woblera do nowego zestawu. Kompletnie ogarnięty melancholią sterczałem przez następny kwadrans w tym samym miejscu. Beznadziejnie wkoło biczując wodę, opłakiwałem zerwanego szczupaka. Myślałem wciąż, gdzie popełniłem błąd. W głowie nie mieściło mi się, że utraciłem tak śliczny okaz. Szczegółowo analizowałem błędy.
Ach, jak mi szkoda – skwaszony głęboko wzdychałem. Stopniowo umykające chwile cierpliwego rzucania nie przynosiły żadnego skutku. Na dokładkę następne woblery, w które tak bardzo uwierzyłem, tym razem okazały się bezskuteczne. Przyszedł czas na refleksje. W dodatku zdałem sobie sprawę, że ryby są bardziej chimeryczne od kobiet. Przecież istnieją inne przynęty, które właśnie teraz okazać się mogą strzałem w dziesiątkę. Przez następny kwadrans bez efektu w tym miejscu, jeszcze rzucałem innymi wabikami. Gdzieś tam w zanadrzu miałem blachy wirowe, ripperki i stare, sprawdzone wahadła. W końcu zwinąłem zestaw i usiadłem na ławce. Zastanawiałem się, gdzie błąd robiłem, jako że nie miałem następnych, żadnych brań. Twarde, miękkie, śliskie, cienkie i długie przynęty z uwagą obmacywałem. Rozglądając się wkoło, doszedłem do ostatecznego wniosku, iż powinienem opuścić ten fragment jeziora. A te wabiki nie są przyczyną bezrybia. To chyba nie jest właściwa pora na to łowisko. Nadarzyła się okazja i teraz, mógłbym skupić uwagę na niedalekim, fascynującym obiekcie. Sięgając pamięcią w minione czasy przypomniałem sobie, wielokrotne połowy właśnie tam chwalebnych szczupaków. Warto spróbować swych umiejętności blisko innej, tym razem malutkiej wyspy. Stopniowo zacząłem oddalać się. Niczym wykonana z diamentu łódź jednostajnie i lekko cięła gładką jak szyba powierzchnię wody. Flauta. Raz wpatrywałem się w błękitne niebo, raz w ciemnozielone drzewa porastające posępną, północną część wyspy bobrowej. Stamtąd dochodził niezmordowany głos kukułki, który chwilami zmieniał się w chichot leśnego elfa. Wzrokiem badałem odległe i mroczne szczeliny szuwarów. Jakbym w tym zielsku chciał, właśnie zobaczyć coś dziwacznego.

Zachodnia część jeziora Nawiady
Zachodni fragment urozmaiconej linii brzegowej (za wyspą bobrową)

Zresztą, nie po raz pierwszy widziałem czatującego kłusola, który cierpliwie czekał, aż się usunę. W takich miejscach również obserwowałem przeprawy różnych gatunków zwierząt. Wpatrując się w rufę łodzi, kątem oka obserwowałem punkty nawigacyjne, właściwie trzymając kurs na małą, kamienną wyspę. W tym czasie w głowie znów pojawiały mi się retrospekcje. Wspomnienia ściśle związane były z tym osobliwym miejscem, które jak magnes bez przerwy mnie przyciągało. Kiedy pojawiłem się tu po raz pierwszy, wszystko obserwowałem z zapartym tchem. Wszystko ciekawiło mnie wkoło. Okolice, łącznie z codziennym życiem naprawdę serdecznych mieszkańców. Na wieść o możliwości spędzenia kilku dni na Mazurach, gdzieś tam w środku, już delikatnie drżało mi serce.

Głęboko w płuca zaciągając mazurskie powietrze miałem poczucie odnalezienia miejsca, w którym chciałbym już zostać na zawsze. Niejednokrotnie okrążając tę wyspę zaglądałem w najskrytsze jej miejsca. Obserwowałem nad głową śmigające grono piskliwych jeżyków. Widziałem gniazda wilgi i dudka. Obserwowałem rozbudowaną gamę ptaków drapieżnych. W tej okolicy szybowały różne jastrzębie. W pobliskim lesie widziałem gniazdo orła. A gromady krzykliwych mew czy rybitw zawsze były dla mnie wskazówką cyklicznie polujących dorodnych garbusów. Wpatrywałem się w ciekawe ukształtowanie terenu, prześliczne widoki na wyspach. Głębia ekspresji oświetlonego promieniem słońca wodnego terenu zapierała mi dech w piersiach. Od początku tego okresu ta wodna otchłań teoretycznie nie była już dla mnie specjalnym sekretem. W późniejszym czasie dysponowałem niezłej jakości sonarem 3D. Mimo to, oglądanie podwodnego świata najlepiej zapamiętałem właśnie przez tubę. To rodzaj kawałka rury ze szczelnie wklejonym okręgiem szyby. W trakcie słonecznej pogody, naprawdę można było wiele zobaczyć.

Wreszcie prawą stroną wydostałem się zza wyspy bobrowej. W miejscu, gdzie się znalazłem jeszcze nie widziałem swojego celu. Płynąłem wzdłuż bardzo obrzernego pasa trzcin. Kierowałem się na niewielki cypel. Rytmicznie wiosłując tym razem spoglądałem przez lewe ramię. Zerkałem w otwartą i gładką przestrzeń jeziora. Dobrze widziałem mój punkt zwrotny oraz ptasią wyspę. Jeśli pogoda mi na to pozwoli, to jutro spróbuję obłowić to miejsce. W milczeniu układając plan, dość szybko minąłem wrastające w jezioro trzciny, oznaczające niewielki podwodny występ. Naprzeciw jego roztaczała się przepastna głębia. Za cyplem snuła się okrągła zatoka. Oddalonego o trzysta metrów jej końca nie mogłem wyraźnie zobaczyć. Sięgając pamięcią w ubiegłe lata obszar ten, był zawsze wątpliwy pod względem wędkowania. Za to przejrzystej toni tuż koło łódki zawieszałem wzrok, podziwiając naturalne widoki podwodnego świata. Jeszcze raz odwróciłem się i ze sto metrów naprzeciw mnie, ujrzałem szczególnie interesujące mnie łowisko. Szczególnie?

W okolicy tej małej wyspy, można było złowić takie karpie.
W okolicy tej małej wyspy, można było złowić takie karpie
Ten widok również przyprawia mnie o szybsze bicie serca
Ten widok również przyprawia mnie o szybsze bicie serca

Tak. W przeszłości, oprócz dorodnych szczupaków, po częstokroć łowiłem tam okazałe liny, wypasione wzdręgi i bez mała kilogramowe płocie. W brzmieniu moich batalistycznych opowieści o sumach, znalazło się też kilka dorodnych karpi. O czym ja myślę, przecież w tej chwili miałem ze sobą tylko kij spinningowy. W natłoku wspomnień dość szybko uporałem się z kilkuset metrowym odcinkiem. Kilkadziesiąt metrów przed dziobem łodzi ujrzałem obficie porośniętą trzcinami niewielką wyspę. Na chwile rzuciłem wiosła i znów odświeżyłem pamięć. To osobliwe miejsce również przyprawiało mnie o szybsze bicie serca. W minionym czasie miałem tu również zadziwiające spotkania. Brały tu prześlicznie wybarwione wzdręgi i słusznej wielkości szczupaki. Mniej więcej trzydzieści lat wstecz ta wyspa, o powierzchni około dziesięciu metrów kwadratowych, była całkowicie łysa. Jedynie na drobnych żwirowych kamieniach, gnieździły się tylko mewy. I ściślej mówiąc, ten wytwór natury wystawał z pół metra nad wodę. W dodatku był okropnie zapaskudzony ptasimi odchodami. Wiekowi wędkarze oraz miejscowi mówili, że podczas piekielnych burz ciągle w tę wyspę tłukły pioruny. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w skutek spływających z pól uprawnych nawozów sztucznych, nastąpił przełom rozwoju flory. Pojawiły się częstsze okresy kwitnących wód. Przez eskalację chaszczy dziś na tej wyspie nie można postawić stopy. Zresztą, na przestrzeni kilkudziesięciu lat, różnicę rozwoju roślin części tego jeziora, mam zarejestrowaną na klatce filmowej.

Część 6

Prawy, wschodni stok kamienistego obiektu gwałtownie opada w przepastną głębinę, w której nigdy nic nie złowiłem. Dalej, w tę samą stronę, w odległości około ośmiuset metrów dno jeziora wypłyca się logarytmicznie, aż po kolejną wyspą nazywaną przez tubylców ptasią. Zaś lewa, zachodnia pochyłość kamiennej wysepki, nagle łączy się z mokradłami. Rośliny kosaćcowate raczej sporadycznie obrastają tę część jeziora. W bagnistych obszarach widok gromady żółtych irysów i żyjącej tam okazałej prześlicznie wybarwionej wzdręgi był dla mnie uderzający. Pochłaniające barwnik stawonogi zapewne stały się jej elementem wyjątkowego ubarwienia. Krasnopióry na ogół grzbiet mają niebiesko-zielony i boki srebrne o wyraźnym złotym odcieniu. W tej części jeziora ryby te mają czerwono złotożółte łuski, a płetwy są intensywnie wybarwione w pomarańczowo-czerwone kolory. Rekordowe osobniki nie przekraczały czterdziestu centymetrów. Pomiędzy płetwami piersiowymi a płetwą odbytową występuje ostry i pokryty łuskami kil. Niespełna kilogramowe wzdręgi tu nie były rzadkością, które w przeszłości z miernym skutkiem stawiałem na żywca. Bytowały one w tamtejszych mokradłach stałych, podobnych do niskiego torfowiska, resztkach końcowych etapów zarastania jeziora. Ogólnie wzdręgi są bardzo płochliwe stąd rzadko można było je ujrzeć przed szuwarami. A jeśli już, to podczas bezwietrznej słonecznej pogody nawet ze stu metrów „wylanych przed trzciny czerwonych fragmentów wody” nie można było przeoczyć.

Odległość między małą kamienną wyspą a wspomnianym mokradłem  jest około pięćdziesięciu metrów z rzadka porośniętego zielskiem. Dalej za strefą bagienną zaczyna się duży i gęsty, typowo mazurski las. Od strony trzęsawisk muliste dno jeziora szczelnie oplata jasno-zielona ramienica. Zaś stok i część płytkiej toni porasta rdestnica lśniąca. Przez czystą nasłonecznioną warstwę pięciometrowej wody, również na dnie niekiedy były widoczne kłębiaste glony. Dające się zauważyć wzory kłącza rogatka naprowadzały myśli o zamaskowanych, czatujących na dnie szczupakach. Właściwie tylko z tej strony, około dwustu metrów kwadratowych części tego obszaru, urozmaica strzelista o małych listkach rdestnica przeszyta. W tym rzadko porastającym od dna po powierzchnię zielsku, właśnie woblerem, można sprowokować niezwykły okaz. Ze czterysta metrów naprzeciw północnego swobodnie opadającego w mroczną głębinę łysego stoku kamiennej wyspy jest koniec kolejnej, rozpościerającej się z lewej strony obszernej i głębokiej zatoki. Granicę tę wyznacza długi cypel, przysłaniający widok dalszego fragmentu jeziora Nawiady.

Oto północna część jeziora i górki Prusinowskiej. Mniej urodzajny wschodni stok gwałtownie opada w około 28m głębokość. Pozostałe zbocza są łagodne i bogato porośnięte zielskiem.
Oto północna część jeziora i górki Prusinowskiej. Mniej urodzajny wschodni stok gwałtownie opada w około 28m głębokość. Pozostałe zbocza są łagodne i bogato porośnięte zielskiem.
Południowo-zachodni fragment górki i zbocze głównie obfitujące w rdestnicę.
Południowo-zachodni fragment górki i zbocze głównie obfitujące w rdestnicę.

Otóż w dalszej części północnej jeziora, wieś Prusinowo leży nad samą tzw. odnogą Prusinowską. Ta bez mała, kilometrowa kiszka połączona jest z jeszcze większym obszarem wody okolic Prusinowa. Oprócz nieco pofalowanej linii brzegowej w tej części z łatwością można odnaleźć jeden z dwóch atrakcyjnych podwodnych obiektów. To różnej wielkości górki. Ten obszar wody, w ogóle nie jest widoczny od strony kamiennej wyspy.

W danej chwili miałem pod sobą mniej więcej dziesięciometrową przepaść. Odległość do upatrzonych zielsk była blisko pięćdziesiąt metrów. Zaryzykowałem. Na zestaw założyłem wąskiego woblera, właściwie przypominającego małego szczupaka. Zrobiłem duży zamach i płynnie wykonałem pierwszy rzut. Jak z procy wystrzelona przynęta idealnie pokonała wymaganą odległość. Usłyszałem ciche pacnięcie, gdy wobler wylądował tuż przed koniuszkami wodorostów. Efektownego rozbryzgu wody nie dało pominąć się wzrokiem. Ułamek sekundy później poczułem gwałtowne szarpniecie kijem.
– Jest, wziął z powierzchni! Z dumą patrzyłem na mocno wygięty kij oraz naprzeciw spienioną wodę. Próbowałem ciągnąć na siłę, ale tak się nie dało. Do mojej rozkojarzonej łepetyny dotarło, że na kiju mam kolejny rarytas. W następnym czasie szczupak się dynamicznie szarpał, jakby szaleju się opił. Widziałem to, i czułem go w rękojeści wędki. Rozwścieczony zwierz za wszelką cenę chciał wypluć paskudztwo, które mocno utkwiło mu w paszczy. Czuł się oszukany. To tak, jakbym zamiast kęsa ptasiego mleczka wyrywał mi z gęby tkwiącego kaktusa. Też bym się wściekł.

Ryba nagle przestała szaleć. Napiąłem kij i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Czyżby się splątał o zielsko? Mruczałem pod nosem. Korzystając z chwilowego impasu, kij wsadziłem pomiędzy kolana i chwyciłem za wiosła. Łódź pchnąłem do przodu. Ponownie chwyciłem za wędkę. Błyskawicznie zwinąłem nadmiar żyłki. Teraz mocno napiąłem zestaw i ostatecznie opór złamałem. Trwało to chwilę zanim szczupaka udało mi się podciągnąć. Kiedy zobaczył mnie, błysnął swym złoto-cętkowanym bokiem i rzucił się do ucieczki. W kołowrotku poluzowałem hamulec. Z niewielkim oporem pozwoliłem szczupakowi na odskok w stronę kryjówki. Gdy się zatrzymał uparcie ciągnąłem go w swoją stronę. Pięć minut później drapieżca się uspokoił. Z piętnastu metrów, w przejrzystej wodzie dostrzegłem swojego rywala. Wyglądał jak ciemna zmurszała kłoda. Gdy dostrzegł łódź znów cielskiem błysnął, postawił się bokiem. Wystrzelił świecę. Był rozwścieczony, potrząsał łbem. Widziałem, jak z paszczy pozbyć się chciał woblera. Gdy wpadł do wody uciekł w głębinę. W następnych kilku minutach tam szalał ze złości. Przy gruncie już osłab i był już spokojny. Praktycznie do łódki holowałem go już  bez ceregieli. Podebrałem około ośmiokilogramową sztukę!
– Jezu, ale śliczna bestia! Cieszyłem się niczym dziecko z lizaka. Usiadłem na ławce. Gdy tak ślepiłem w pokonanego szczupaka, gdzieś za plecami usłyszałem jakieś wołanie. Odwróciłem głowę. Nawoływanie znów powtórzyło się, dochodziło chyba z przeciwnego kierunku.
– Panie, proszę pana, niech mi pan pomorze! Niech mnie pan ratuje! – zdziwiony rozejrzałem się dookoła. Co to, mam jakieś omamy, schizofrenię? Głosy z środka jeziora??? Cienki, jakby dziecięcy głos jednak dochodził z oddalonego o kilkaset metrów zalesionego brzegu. Patrzyłem w stronę lądu, ale nikogo nie zauważyłem. To było daleko.
Proszę, niech pan podpłynie tu i mi pomoże – dziecięcy szloch teraz wyraźnie dochodził zza trzcin. To jakiś dzieciak wrąbał się do wody! Zapewne utknął w bagnie i teraz się topi! Czarne myśli piorunem przeleciały mi przez głowę. Chwyciłem za wiosła i czym prędzej popłynąłem w stronę tamtego brzegu. Gdy znalazłem się przed ścianą rosłych szuwarów ponownie usłyszałem łkanie dochodzące z gdzieś korony drzewa.
Jestem tu, niech pan patrzy w górę. Nie na to, ale na to drugie drzewo – zrozpaczony głos dochodził znad mojej głowy. Wlepiłem wzrok w gałęzie drzew. Wśród liści ujrzałem na oko dwunastolatka z długim kijem w ręku.
Co się stało, uciekasz przed czymś – spytałem zdziwiony. Bezpańskie psy może chłopca zaatakowały? Słyszałem dalsze popłakiwanie chłopaka.
– A, nic się nie stało! Tylko zaczepiłem blachą o dno i nie ma mi kto odczepić – szlochając machał kijem i nazywał go wędką.
To po to mnie gonisz pół jeziora bym odczepił ci blachę!? – rozgniewałem się.
Tu nie ma nikogo, kto mógłby mi pomóc. Jak zerwę blachę to pasem w dupę od ojca dostanę. Wyda się, że mu ją wziąłem i jeszcze w dodatku zerwałem. Ale wpiernicz dostanę – chłopiec zanosił się płaczem.
Chciałem rybę złapać dla mamy, bo ojciec nie umie. A teraz co? Tylko manto dostanę – nadal szlochał.
Odczepi mi pan? – zapytał wprost. W jednej chwili zrozumiałem, że ten dzieciak naprawdę ma problem.
Pewnie, że ci odczepię. Nie martw się, a nawet jak zerwiesz, to w pudle coś znajdę i dam ci w zastępstwie – zapewniłem go, by już nie ryczał. Chłopaczek omalże nie spadł z drzewa by mi pokazać, w którym miejscu zaczepił blachę. Odczepiłem ją i wpłynąłem do niewielkiej zatoczki. Brzeg był zbyt grząski stąd ten dzieciak nie miał szans na odczepienie blachy.

Nawet nie wiem kiedy chłopiec pojawił się w mojej łódce.
Ooo! Duży szczupak i jakie ładne rybki. Co to i na co to, na szczupaka? – wypytywał.
To woblery, przynęty na szczupaka, które sam sobie robię, a potem na nie łowię. O, czasem takie szczupaki – mruknąłem, kiwając głową w stronę zdobyczy. W tej samej chwili ugryzłem się w język. Wiedziałem co zaraz będzie, ale kontynuowałem dialog z nieznajomym młodzieńcem, przecież wybawiłem go z niewygodnego położenia.
– Zrobiłem je sam i teraz dalej próbuję coś złowić – dorzuciłem – a na pamiątkę umiałbyś zrobić mi zdjęcie z tą rybą?
Da mi pan takie rybki – spytał bez ogródek. Swą prostotą zaskoczył mnie. Nie interesowała go moja ryba czy propozycja zrobienia fotki. Chłopak skupiony był na moich przynętach. Zobaczył, że waham się i dodał – dziesięć „jajków” panu dam za tego, co tu leży. A może i dwadzieścia, za te dwa, jeśli znajdę. Tylko muszę pogonić kury – dorzucił z wypiekami na twarzy.
A co z twoją blachą? – spytałem ze zdumieniem.
A co tam blacha, już odczepiona i nie dostanę lania. A teraz będę miał ładne rybki od pana – postawił sprawę jasno. Jak to „będę miał rybki”, ocknąłem się. Chłopak nie czekał na moją zgodę tylko wyskoczył z łódki.
Zaraz, hola, może wysłuchasz mnie chłopcze! Gdzie tak się spieszysz? – starałem się uspokoić rozpalonego młodzieńca.
– No, to przyniosę trzydzieści jaj i kurę! Ale niech mi pan da te… – zawahał się wpatrzony w przynęty. Zdaje się chciał mnie przekonać wyższością jego walorów.
Poczekaj, usiądź tu, najpierw pogadajmy – zaproponowałem młodemu człowiekowi, nakręconemu jak sprężyna od budzika. Szczupły, ruchliwy młodzian, ubrany był w jasną koszulkę polo i długie, brązowe, wytarte sztruksy i dziurawe pepegi. Obdartą z kory, leszczynową gałąź oparł o burtę łodzi i przysiadł koło mnie. Nadal nie interesowało go moje trofeum tylko uważnie oglądał wabiki. Jego sangwiniczny temperament ujawniał się przez dominujące zachowanie. Jakby traktował mnie z góry. Pełen optymizmu, otwarty na relacje, towarzyski i beztroski dwunastolatek. Jak się rozgadał to myślałem, że łeb mi pęknie.
– Jestem Janek. Mieszkam tu za wzgórzem. Ojciec ma sześć krów, trzy świnie, gęsi i trochę kur – zaczął gawędzić.
W sumie jestem obcy i po co mi to wszystko opowiadasz? – przerwałem.
Muszę się jednak pospieszyć, bo jak ojciec zobaczy, że brakuje mu blachy to gotów jeszcze mi „łepa” urwać – tym razem to ja słuchałem. Z jednej strony szkoda mi było, ot tak oddać te śliczne woblery – niby dlaczego, przecież jest w nich kupa roboty. To obcy dzieciak, nie kupuję tego. W jednej chwili przyszła mi myśl do głowy. A może mu powiem, jak to jest zrobione. Chyba w domu znajdzie kawałek papieru ściernego, drutu i farby? Jest młody, żwawy, pełen energii, może ma talent, niech rozwija umysł. Jednakże z byle jakiego powodu wynosić z domu dorobku swoich najbliższych nie może.
Posłuchaj chłopcze, masz tu swoją blachę i w prezencie jednego najładniejszego woblera – ruszyłem z tematem.
Nie! Tamten okoń jest ładniejszy! A może tamten… – jak stara przekupa, jeszcze zaczął wybrzydzać. Bezczelnie przebierał w moim pudle, jakby w Warszawie był na bazarze Różyckiego.
Dobrze, okej, tylko już przestań i wreszcie się zamknij! Posłuchaj mnie młody człowieku. Przyjechałem tu kawał drogi na ryby. Nie zamierzam przypadkowym osobom rozdawać z trudem robione woblery – tym razem, wreszcie udało mi się przymknąć rozgadaną buzię.
Jeśli chcesz to powiem ci, jak można samemu zrobić takie cacko. Materiału jest w bród, tylko należy to wszystko właściwie poukładać i posklejać – z ogromnym przejęciem słuchał młodzieniec krótkiego wykładu na temat budowy i testu woblera – zrozumiałeś coś z tego – skierowałem oblicze w kierunku rozmarzonego chłopca.
Wszystko jasne – odparł, jakby na co dzień parał się z problemami seryjnej produkcji przynęt wędkarskich.
Drzewo jest. Drut, ołów, klej i farby też się znajdą, jak to na wsi – powiedział, jakby znał się na modelarstwie.
No zobaczymy, jak sobie poradzisz. Jeśli będziesz miał problem, będę tu na rybach za miesiąc. Ale, gdy znów zaczepisz blachę ojca nie czekaj, aż przyjadę z Warszawy i ci odczepię – dodałem z uśmiechem. Mimo młodego wieku chłopak był nad wyraz błyskotliwy i dobrze wiedział, co o woblerach mówię.
Postaram się. Gdy za miesiąc spotkam pana na pewno pochwalę się, na jakim jestem etapie – odpowiedział nadzwyczaj rozsądnie.
Zdaje się, produkcja woblerów to nie dojenie krowy czy robienie pierogów z kapustą. Chociaż pierogi trzeba też umieć zrobić, by potem sraczki nie było – dodał z opuszczoną głową. Ale mądrala, roześmiałem się. Na wszelki wypadek o rodzeństwo już nie pytałem. Cholera wie, kogo ten młodzian by przywlókł. Na wzór podarowałem chłopcu jednego woblera, a drugiego postanowiliśmy, że sam sobie zrobi.

Przeszło ośmiokilogramowa sztuka.
Przeszło ośmiokilogramowa sztuka.

– A teraz pstrykniesz mi zdjęcie? Jasio pokornie skinął główką. Po kilku wskazówkach chłopiec zaczął pstrykać, trochę w niebo, a potem w drzewo. Lepszy mały Jasio niż puste klatki filmowe. W rzeczywistości, nie tylko w ten weekend mi ciekawych fotek przepadło. Na horyzoncie dostrzegłem złowieszcze chmury. Na wszelki wypadek trzeba uwijać się i schrzaniać, zaproponowałem. Tak naprawdę nie ma co się oszukiwać była osiemnasta trzydzieści. Jeśli po ludzku chcę zjeść kolację, muszę już przerwać spotkanie. Wskoczyłem do łódki i odpłynąłem. Łódź skierowałem w widoczny punkt zwrotny. Jasio machnął na do widzenia, unosząc swoje wędzisko pomknął w stronę rodzinnego gospodarstwa.

Za plecami słyszałem już pierwsze grzmoty. Na plecy wrzuciłem płaszcz przeciwdeszczowy. Widziałem przerażające rozbłyski, więc spieprzałem tak, że fotoradar zrobiłby mi zdjęcie. Zanim treść szalejącej burzy dopadła mnie, schroniłem się pod mostem w łączniku dwu jezior. Gdy złapałem już pierwszy oddech, usłyszałem niepokojący warkot. Spojrzałem do góry.
– O Borze, ale bomba! Zatkało mnie. Na widok kokonu szerszeni nad łódką dostałem dreszczy.
– Jeszcze tego brakuje, ażeby mi te wielkie osy dupę pogryzły – warknąłem niezadowolony. Na tę chwilę przypomniały mi się batalistyczne sceny z filmu „Rój”, który z końcem lat siedemdziesiątych wstrząsnął opinią publiczną. Co miałem robić? Już chciałem ponownie spieprzać, ale na zewnątrz trwało przerażające „piorunobicie”. Z niepokojem zerkałem na kokon. Ogarniała mnie panika. Na skutek ukąszeń spuchnięty nie do poznania zaduszę się, z góry zacząłem majaczyć.
Tu chyba lepiej umierać niż na zewnątrz, przynajmniej nie będzie padało – pod naporem strachu wciąż wygadywałem głupoty. Oczekując na koniec burzy poczułem, że właśnie tu nie byłem sam. Odwróciłem twarz. Na wysokości oczu, z odległości jednego metra zobaczyłem pysk jakiegoś zwierzęcia. Bliski kontakt wzrokowy połączył mnie oko w oko z czarną jak smoła wydrą.
– Och, jakie śliczne zwierze – uśmiechnąłem się ze zdziwieniem. Chyba od kilku minut wydra badała mnie wzrokiem.
Ale masz piękny biały krawat – wyszeptałem w jej stronę. Nie spuszczając wzroku z obcego zwierzęcia, powoli z plecaka wyjąłem kanapkę.
– Chcesz posmakować mojej, hmm – powąchałem – pachnącej, śląskiej kiełbasy? – pytająco mruknąłem pod nosem.
Z pomiędzy kromek wyjąłem plastry wędliny. Cmokając jak do psa ślamazarnie machnąłem w jej stronę. Niestety, trafiłem w podporę przybytku. Wędlina spadła do wody a wydra niczym duch zniknęła w zakątkach budowli.
Ojej, szkoda, uciekła – rozczarowałem się.
– A może i lepiej. Tak naprawdę to przecież dzikie zwierze, które wpatrywało się w moją japę z bliskiej odległości. Za bliskiej. A nie wiadomo, jak dalej potoczyłaby się akcja? A może była wściekła, lub miała małe? Dopiero by lifting zrobiła mi na gębie – skomlałem. Jak nie wybuchowy kokon to wściekła wydra. Zamilkłem i czekałem.

Jeszcze padało, ale grzmoty piorunów już dochodziły z oddali. Nie wiadomo skąd w pierwszej kolejności pod łódką pojawiło się kilka raków. Również zjawiły się natrętne małe okonie. Przypatrywałem się grożącym szczypcami skorupiakom, zaciekle walczącym o niespotykaną zdobycz. Pochłaniając resztę kanapki kątem oka zobaczyłem, tuż za mostem nieoczekiwane działania. Z pięć metrów od rufy na podtopionych kamieniach pod brzegiem, dostrzegłem umizgujące się gryzonie. Po chwili uświadomiłem sobie, że na brzegu koło nich widzę czyhającą znajomą wydrę. Czarny drapieżnik „stojąc słupka” zdecydowanie wyróżniał się na tle zielonej trawy. Przez następną chwilę hipnotycznym wzrokiem wydra przeglądała z bliskiej odległości całe towarzystwo. Nie zdążyłem mrugnąć okiem, gdy atak odbył się błyskawicznie. Usłyszałem głośny plusk. W płytkiej wodzie, jak zaczarowane wszystkie zwierzęta zniknęły. I nawet nie było śladu, by jakikolwiek dramat tu się wydarzył. Żadnej krwi czy pisku, jakby brukowcem rzucił.

Część 7

Wreszcie przestało padać. Pospiesznie opuściłem „zaminowany ” most. Po kwadransie pojawiłem się w stanicy. Łódkę zaparkowałem. Szczupak nie ruszał się, sądziłem więc, że już nie żyje. Na pomoście w pierwszej kolejności położyłem olśniewającą zdobycz. To zachowanie skierowane było do przypadkiem przechodzącego wędkarza. Otóż chciałem, by ten swój wzrok mógł zawiesić na mojej rybie, pochwalił mnie i cyknął dodatkową, pewniejszą fotkę. Albowiem w duchu nie bardzo wierzyłem, aby fotka strzelona przez młodego Jasia właściwie wypadła. A nóż,  ktoś się trafi.

Obok odłożyłem wędkę, kozik do skrobania ryb, plecak i podbierak. Łódź posprzątałem i w ostateczności łajbę zapiąłem na kłódkę. Prawą nogę postawiłem na krawędź pomostu. Zanim drugą nogą wybiłem się z burty kątem oka zobaczyłem w sąsiedniej łódce jakiś wobler. Mój, czy nie mój, w mojej głowie błysnęła lampka. Zawahałem się i chciałem zawrócić. Łódź porządnie bujnęła się, a świat zawirował mi wkoło. Pomiędzy fragmentami rozstrzępionej wody zobaczyłem ciemnoszare niebo. W ułamku sekundy ogarnęła mnie cholernie zimna i mokra ciemność. Wtedy dopiero wściekle się kotłowało. Jakby film urwał mi się, a potem zmrożony otoczeniem nie wiedziałem, co się stało. I chaotycznie wierzgając nogami trafiłem na twardy grunt. Mocno odbiłem się od piaszczystego dna porośniętego jakimś śliskim i kudłatym, nieprzyjemnym w dotyku zielskiem. Wtedy poczułem ból w karku i głowie. W oczach ujrzałem gwiazdy. Łbem zdaje się o coś wyrżnąłem. Byłem zdezorientowany i brakowało mi powietrza.
Rany Boskie! – usiłowałem wrzeszczeć pod wodą. Czyżby to były ostatnie chwile? Nadal nie mogłem pochwycić powietrza. Dławiłem się. Machałem łapami na oślep, chciałem się czegoś uchwycić. Wśród ciemnych plam zmąconej wody dostrzegłem słabe źródło światła. Składając ręce nad głowę ostatecznie przedarłem się pomiędzy czymś masywnym i twardym. Krztusząc się kaszląc i plując wodą, jednocześnie łapałem bezcenne powietrze. Na moje szczęście tu nie było głęboko i złapałem grunt pod nogami. Wodę miałem po szyję.
Chyba jest dobrze, już po wszystkim – niczym zamroczony pijak zacząłem bełkotać. A nawet chrząkałem jak świnia. W mokrym ubraniu na łódkę nie było sensu się w człapać. Po obrzydliwie porośniętych glonami elementach pomostu również nie było sensu się wspinać. Oszołomiony, tyłem wycofałem się na płyciznę. Wylazłem na brzeg. W przystani nikogo nie było. Zrobiłem kilka kroków do przodu i poczułem się jakoś dziwnie. Stałem i czekałem, aż spod nogawek dżinsów wyleci mi cała woda. Wkoło mnie utworzyła się kałuża. Rozebrałem się do spodenek. Włączoną komórkę, którą miałem w kieszeni spodni szlag trafił. Była zalana wodą i za nic nie mogłem jej uruchomić. Wkurzony chciałem kląć na czym świat stoi ale jakoś nie mogłem wydobyć głosu. Rozmontowałem telefon i wylałem część wody. Na zadaszonym stole do oprawiania ryb położyłem osobno akumulator i mokry aparat. Ściągnąłem ciężki wełniany sweter, ważył chyba ze trzydzieści kilo. Wyżąłem go, spodnie i koszulę. Portki z powrotem wciągnąłem na tyłek. Koszulę zarzuciłem na ramiona. Chwyciłem w garść pomięty sweter i ze złością ruszyłem po swoje rzeczy. Jeszcze czeka mnie skrobanie szczupaka z przejęcia szczęknąłem zębami. By znów się nie wykopyrtnąć ostrożnie kroczyłem po chybotliwym pomoście. Z daleka wpatrując się w podstępnie śliską burtę łodzi, zauważyłem, że coś jest nie tak. Moje wszystkie rzeczy leżały na miejscu, poza jedyną. Nie było szczupaka!
– Spieprzył! Na miłość Boską, spieprzyła mi kolacja – wydarłem się chyba na całą okolicę.
Taaaki szczupak!!! Rozbieganym wzrokiem patrzyłem pod pomost. Wkoło nerwowo się rozglądałem. Jak idiota zerkałem do każdej łódki. Wietrzyłem podstęp. Ale przecież tu nikogo nie było! Jak to się stało? Jeszcze długo wypatrywałem. Kamień w wodę!

Mokry, głodny i z nosem na kwintę skierowałem się w stronę stanicy. Dla niepoznaki zarzuciłem płaszcz i szybkim krokiem oddaliłem się z portu. Chyłkiem pokonałem resztę trasy łączącej bramę wjazdową z drzwiami mojego domu. Miałem nadzieję, że uda mi się uniknąć kompromitacji. Tak, jak stałem od razu wlazłem pod natrysk. Kolejno ściągałem ciuchy, przesadnie je wyżymałem. Tego co rąbnął szczupaka, jakbym chciał z miejsca własnymi rękoma udusić. Wiedziałem, że to nieprawda jednak ze złością ciuchy wrzuciłem na sznur. Głodny i poirytowany przepraszałem się z jajecznicą. Tyle w ostateczności zostało mi na kolację. Wcześnie wyłączyłem telewizor i położyłem się spać. Chyba to normalne, że potem nie mogłem usnąć? Wspominałem cudowne chwile spędzone na rybach, pomocną dłoń okazaną Jasiowi, zaminowany most, kontakt ze śliczną wydrą atakującą piżmaki, no i przymusową kąpiel w przystani. Dupa mokra.

Część 8

Następnego dnia obudziłem się o piątej trzydzieści. Tym razem nie pamiętałem, bym o czymkolwiek śnił. W to miejsce się zastanawiałem, dlaczego szyja i łeb mnie boli. Zanim wylazłem spod ciepłej pościeli na czubku głowy namacałem bolesne miejsce. No tak, ostatnie godziny wczorajszych wojaży nie były dla mnie przychylne.
– Jasna cholera – wrzasnąłem – przecież telefon został w przystani! – na twarzy poczułem pąsowe wypieki. W tej samej chwili uzmysłowiłem sobie, że z pozostawionej komórki i tak nic by nie było. Zresztą, czy jest mi teraz ona potrzebna? Wstałem. Umyłem twarz w misce. Śniadania nie jadłem. Do plecaka wrzuciłem butlę mineralnej, pół kilo chleba, dwa jajka ugotowane na twardo oraz puszkę z nie byle jakim gulaszem angielskim. Zgarnąłem wędkarski sprzęt i ruszyłem w stronę jeziora. Było po szóstej, gdy słotną ścieżyną dotarłem do portu. Ostrożnie podszedłem do swojej łódki i na chwilę zastygłem.
Przecież nie zniknął. Byłem tu sam i nikt go nie świsnął? – rozejrzałem się wkoło. Na wszelki wypadek zajrzałem pod pomost.
– A może buchnęła go wydra? Nie. To był za duży szczupak. – zacząłem majaczyć. Teraz do głowy wpadały mi różne opcje.
A może po prostu ożył, zaczął się rzucać, aż wreszcie spadł prosto do wody? – to było rozsądne wytłumaczenie.
To jest tylko moja wina – stanowczo stwierdziłem.
Szczupaka nie powinienem kłaść blisko krawędzi. Zamiast go zabezpieczyć, zachciało mi się przechwalać przed wędkarzami. Chyba już zwariowałem – skwaszony półgłosem rzucałem pretensje.

Wilgotny pomost nadal był śliski. Ostrożnie wszedłem do łódki. Usiadłem na ławce. Wyjrzałem za burtę. A może mój szczupak tam jeszcze jest? Słońce nie wzeszło wysoko, aby faktycznie zobaczyć coś tam na dnie. Poza tym w czerwcu szczupaki są bardzo żywotne. Zrozumiałem, że nie mam tu czego szukać. Postanowiłem stanąć na wysokości zadania i jak najszybciej pojawić się na Nawiadach. Cel miałem ustanowiony, obłowić ptasią wyspę i sąsiadującą podwodną górkę. Jeśli mi czasu wystarczy to jeszcze odwiedzę północno-wschodnią linię brzegową.

Północny fragment jeziora Nawiady
Północny fragment jeziora Nawiady

Ta strefa jest bardzo głęboka. Stromo opadające w głąb czeluści stoki, zbytnio florą nie obfitują. Ale daleko zapuszczające się w jezioro różnego pochodzenia faliste występy, okazać się mogą punktem zaczepienia. Nawiasem mówiąc, takie ukształtowanie podwodnego terenu często zajmują duże drapieżniki. Widok z gardzieli kanału obficie zalesionej ptasiej wyspy od razu dodał mi skrzydeł, nowej nadziei i przede wszystkim energii. Korzenny system zarośli krzewiastych i drzew, rozwojowo służył ptactwu wodnemu, skąd wzięła się nazwa ptasia. Bez namysłu kierunek obrałem właśnie tam, a raczej na wcześniej wspominaną górkę. Wierzchołek tego podwodnego wzniesienia z rzadka porośnięty jest pociągłym zielskiem i w szczytowym miejscu ma jaszcze ze trzy metry do lustra jeziora. Zaś wokoło tej górki, stoki gwałtownie opadają w mroczną głębinę.

Nie kotwiczyłem, lecz z dryfu posłałem wobler pod wątłe zarośla. Ściągając przynętę z płytszego gruntu w głębinę skupiony czekałem na atak. Kilkadziesiąt metrów nade mną, co jakiś czas skrzeczały rybitwy. Ptaki niedaleko coś wypatrzyły. Zdaje się oczekiwały powierzchniowych ataków okoni. Było jeszcze wcześnie, ale kolejny dzień zapowiadał się raczej upalnie. Właściwie na niebie nie widziałem żadnej chmurki. Słoneczko przygrzewało coraz mocniej. Jeszcze nie było duszno, ale jak do tej pory bezwietrznie. Woda w dotyku nie była lodowata, aczkolwiek zimna. Adekwatnie do pory, mazurskie noce są jeszcze tu chłodne i miejscami temperatura może spadać nawet do kilku stopni powyżej zera.

Sprawdzonym woblerem chyba już z każdej strony obrzucałem ten obiekt. I praktycznie nie miałem żadnego brania. Zacząłem się zastanawiać czy warto jeszcze tu łowić. Uważnie przyglądałem się roślinności. Zazwyczaj po przejściach sieci, podwodne zielsko nie ma naturalnego wyglądu. Jest zwichrowane i pokryte cienką warstwą mułu. Dotychczas woda może być jeszcze mętna. I miałem takie wrażenie. Może jednak przy wyspie spróbować, tam z drugiej strony jest zagadkowy cypel? Rozejrzałem się wkoło. Wciągnąłem kotwicę. Stopniowo okrążając wyspę powiosłowałem w stronę południowego, łagodnie opadającego pagórka. Ta wzdłużna forma podwodnego wzniesienia przypominała muton. Jest to ukształtowanie powstałe w wyniku procesu mechanicznego niszczenia podłoża skalnego, wywołanego poprzez działalność lodowca. Swoją drogą mutony, tzw. barańce odznaczają się charakterystycznym podłużnym kształtem, co związane jest z kierunkiem działań lodowca. Na głębokości około dziesięciu metrów, począwszy od wyspy i tak ze sto metrów pod wodą, właśnie ciągnął się taki grzbiet. Wkoło tej grani praktycznie była przepastna głębia. Szczerze przyznam, że miejsce to zawsze mnie intrygowało. Natomiast w tej okolicy nie potrafiłem złowić większego szczupaka. Zwykle łowiłem tam półtora kilowce. Aczkolwiek opowiadał mi stary miejscowy wędkarz, jakoby w tym rejonie łowiąc na żywca, ktoś zerwał ogromną sztukę. Ale to tylko plotki.

Było, co raz cieplej i nadal bezwietrznie. Wiosłując wzdłuż południowego brzegu ptasiej wyspy, chwilami docierały do mnie ciche śpiewy ptaków. Zza trzcin wylewał się przyjemny cynamonowo-kamforowy zapach ajeru. Północny i środkowy fragment wyspy porasta pospolity rodzaj drzew brzozowatych. Zaś część wschodnią pokrywa korzenny system zarośli wierzb krzewiastych. Płynąc widziałem pryskające spod łódki ławice płoci. Kilka metrów przed dziobem wrastające w jezioro trzciny oznaczały koniec garbatego brzegu i początek podwodnego występu. Łajbą odbiłem od trzcin. Wszędzie panowała cisza, więc kilkanaście metrów dalej od cypla bezgłośnie opuściłem cumę. Z oswobodzonej cumy wynikało, że pod łajbą jest pięć metrów głębokości. Tym razem do połowu szczupaków użyłem tonący, żółty wobler w czarne pasy. Przyjąłem pozycję siedzącą i taki system, jak w moim przypadku połowu rzecznych, doskonale znanych mi sumów. Najpierw rzuciłem na prawy, a potem lewy stok. Pozwalałem przynęcie opaść tylko w okolicę powierzchni dna. Przez następny kwadrans, bardzo powoli ściągałem przynętę w stronę lustra wody. Nie miałem żadnego pobicia.

Skierowałem oblicze w pobliski punkt, gdzie rozchodziły się małe kręgi. Wymieniłem wobler tonący na pływającego, trochę większego okonia. Machnąłem nim w okolicę już zainteresowanej kręgami mewy. Usłyszałem donośny plusk i nielicho napinając zestaw wprowadziłem wobler w rytmiczne drgania. Od razu poczułem szarpnięcie. Natychmiast się ożywiłem. Serce mi nagle skoczyło do gardła i tłukło na miarę młota. Odruchowo zaciąłem. W jednej chwili zaczęła się jazda, jazda tylko w jedną stronę. W kołowrotku znacząco poluzowałem hamulec walki. W oczach żyłka zaczęła ubywać. Długo się nie zastanawiałem, tylko z wędką w garści skoczyłem do cumy. Kij błyskawicznie wsadziłem pod tyłek. Docisnąłem go, ażeby pośpiesznie dwoma rękoma, oderwać zamuloną kotwicę. Chwyciłem za wiosła i puściłem się w stronę odpływającej ryby. Tym razem w kołowrotku dokręciłem trajkoczący hamulec. Holująca mnie ryba na maksa napięła kij. Aż kołowrotek, jak oszalały znów zaczął terkotać. Wyregulowałem hamulec, a łódka stopniowo ruszyła z miejsca. Niczym karocę ciągnęła ryba!

Z wygiętym kijem siedziałem na dziobie łodzi. Zwierzę blisko powierzchni, kierowało się w stronę otwartej wody. Czułem przez skórę, że jakiekolwiek próby powstrzymania zwierzęcia, szarpanie wędką na pewno zakończą hol łódki. Co robić? Gdzie ona mnie ciągnie? Niestety, w obecnej chwili miałem zbyt słaby zestaw, by podjąć zdecydowaną walkę. Teraz zrozumiałem, że mój sukces tylko zależy od umiejętnego manewrowania wedką. Ryba łagodnie przyspieszała i zaraz zwalniała. Po ostatnich zdarzeniach żyłka była już osłabiona i sztywna. Trochę przypominała gumę, więc ciągnąc na siłę nie było sensu. Cierpliwie czekałem, aż przeciwnik wyczerpie siły i ostatecznie podejmie walkę. Kilka metrów przed holowaną łódką woda zabulgotała. Wędka się mocniej wygięła, a potem wyprostowała. Niepokojący luz przyprawił mnie o niemiłe gniecenie w dołku. Patrząc na zwisającą żyłkę czułem jakby ze mnie zeszło powietrze. Znowu to samo! Ile razy jeszcze będę wytracał takie ryby wpatrując się w odcięty koniec zestawu, pokładałem się złością.
Chyba nie perkoz przegryzł zębami– wykrztusiłem z ironią. Znalazłem się z dwieście metrów od brzegu, którego holowała mnie ryba. Nadal byłem wkurzony i zrozpaczony. Z uwagą patrzyłem na urwaną końcówkę żyłki, jakbym chciał dostrzec jej defekt. Gdy już się na wyklinałem, zawróciłem łódkę. Wiem, że w oczach wędkarzy zerwane ryby są zawsze największe… Zamilkłem.

W miejscu brania ponownie opuściłem kotwicę. Głęboko westchnąłem i starałem się uspokoić, wyciszyć. Chciałem też, aby wkoło mnie również panowała cisza. Przez kilka kolejnych minut powierzchnię wody obserwowałem uważnie. Wypatrywałem kręgów pozostawionych przez pluskające się małe ryby. Z pokrowca wyjąłem mocniejszy spinning. Oprócz większej wagi wyrzutu przynętą, ten kij również zaopatrzony był w trochę większy kołowrotek z dużym zapasem mocnej plecionki. Zwykle ten zestaw używałem do cierpliwego holowania największych ryb słodkowodnych. Częstokroć łowiłem w rzekach przeciętnej wielkości, trzydziestokilogramowe sumy. No i co z tego, gdy w tej chwili byłem tu na Nawiadach i przez następnych kilka kwadransów po prostu nie potrafiłem nic złowić.

W koło mnie panował spokój, był dla mnie zbyt podejrzany. Może „ktoś” wcześniej zakłócił tu spokój. Przede mną mogli tu być rybacy lub kłusownicy. Ale równie dobrze ten spokój, można przypisać wielkiej rybie. Podobne zjawisko jakby „martwej ciszy”, wielokroć obserwowałem w okolicznych rzekach. Tak, tylko między monumentalnym sumem a największym szczupakiem jest spora różnica. Otóż nie każdy o tym wie, że największy rekordowy szczupak tzw. pospolity, osiąga wagę co najmniej trzykrotnie mniejszą niż rekordowy sum. Notabene, sumy tzw. europejskie osiągają dwa metry długości i ponad sto kilo wagi (maksymalnie 5m i ponad 300kg). Sum jest wybitnym drapieżnikiem i poluje na różne gatunki ryb. Jest kanibalem i wbrew pozorom większość zdobyczy to małe rybki. Żarłoczność suma przekracza chyba nie tylko wędkarskie wyobrażenia. W żołądkach trzydziestokilogramowych wąsaczy trafiały się średniej wielkości bobry, częstokroć dorosłe piżmaki czy kurki wodne. Niczym śmieciarki, sumy pochłaniają wszelką zanętę na białą rybę. W okresie wiosennym chętnie zbierają z powierzchni jętkę. Z dna wykopują ochotkę i inne, żyjące tam stworzenia. Nie przeszkadzają im opancerzone ślimaki. Sumy przepadają za owadami, pijawkami oraz rakami, szczególnie wtedy, gdy one zrzucają pancerz.

W trakcie ostatniego zwijania żyłki zrozumiałem, że to miejsce jednak powinienem opuścić. Ostatnie branie zapewne było przypadkowe, to się zdarza, więc „szczęścia” powinienem szukać gdzie indziej. Wtenczas, gdy do wypełniającej się głowy wątpliwościami, ze smętnego zamyślenia, raptem wyrwał mnie „bombowy” atak. Błyskawicznie zaciąłem.
– Jest! Jest!!! – kwiliłem.
– Proszę o tego samego co mi się zerwał, a przynajmniej podobnego szczupaka – syczałem przez zęby.
Na Wszystkich Świętych! – ze ściśniętym gardłem zaklinałem się falsetem. W odpowiedzi na gwałtowne szarpanie wędką jeszcze raz zaciąłem, aż kołowrotek jazgotał. Cały w pąsach, żywo skoczyłem do cumy, aby szybko wydobyć kotwicę. Brawurowo wygiąłem kij, a brzdąkająca żyłka transmitowała informację o zaciekle toczącej się walce z drugiej strony zestawu wędki. Gwałtownie miotający się szczupak stawiał się „okoniem”, rzucał się, ciskał na lewo i prawo. Za wszelką cenę chciał się uwolnić próbując wypluć kujące świństwo. Targając kijem jak diabli słyszałem, jak tylko z małymi przerwami sprzęgło gwizdało. Potem znów zwijałem nadmiar wysnutej żyłki. I jeszcze raz uparcie powtarzałem tę czynność, aż wreszcie ryba z dużym oporem ruszyła w moim kierunku. Jeszcze dziesięć metrów, jeszcze z pięć.
O, już go widzę. Jest ładna sztuka, byle mi teraz się nie zerwała – gmerałem. Jednostajnie ale opornie, jakby pod prąd rwącej rzeki przez cały czas napiętą wędką ciągnąłem za mordę wzdłuż łodzi dziwnie flegmatycznego szczupaka. W skupieniu obserwowałem intrygującą lekko zahaczoną kotwiczkę. Na ten widok przemknęły mi czarne myśli. Pech czy sukces?
Jeszcze brakuje, by właśnie teraz on mi się zerwał – zacząłem krakać. Mocno chwyciłem podbierak i zdecydowanie płynnym ruchem zagarnąłem szczupaka. Uniosłem obręcz i błyskawicznie wtaszczyłem go do wewnątrz łodzi.
Yes! Yes! Yes! Niby tłoki w cylindrach spalinowego silnika na przemian eksplodowały moje pięści. Na dnie łódki w matni podbieraka miotał się okazały zębacz. Był mój i tylko mój! Natychmiast chciałem wyrazić to szczęście i wszystkim pokazać, co mi się przytrafiło. Wyrwać się z ciała, z ciasnej i dusznej skorupy i z otwartymi rękoma, wzorem strumienia fontanny trysnąć w przestworza, by podziękować Bogu za taki dar. Chciałem oznajmić wkoło:
– To ja złowiłem tego szczupaka!!! Ze skrajnej melancholii wpadłem w stan uniesienia, niezwykłej radości. Czułem ulgę i odprężenie. Albowiem, gdzieś tam zakotwiczone miałem obawy, co do awangardowej pracy moich wabików oraz bezwzględnej techniki użycia ich. Może nie był to największy szczupak, jakiego w swym życiu złowiłem. Ale też nie był mały. Cieszyłem się, jako że w danej chwili złowiony okaz, kolejny raz przypieczętował żelazne twierdzenie o niezawodności moich ręcznie robionych przynęt oraz technice połowu na nie.

Zerknąłem na zegarek. Chyba najwyższy czas już przerwać tę hipnotyczną pasję, zresetować się i jechać do Warszawy. W tętniącym życiem długiego dnia czerwca, było sporo czasu do zachodu słońca. Otóż pragnienie odkrywania zajmujących łowisk i chęć dalszego wędkowania druzgotały w mojej głowie dotychczasowe ustalenia. We mnie ze sobą ścierały się przeciwności. Ważyłem za i przeciw. Wpatrując się we wskazówki zegarka, które bezlitośnie pokazały niedzielną godzinę siedemnastą, czułem przez skórę, że jednak muszę opuścić ten klimat. Na dokładkę czekała mnie do przystani około godzinna solidnego wiosłowania podróż. Chciałem spokojnie spakować się i wcześnie położyć spać, by wypoczęty usiąść za kółkiem. Jak diabli szkoda mi było, może następnym razem.

W przystani jeziora Mojtyny uwolniłem tego szczupaka.
Tego szczupaka uwolniłem w przystani jeziora Mojtyny.

Z żalem opuszczając jezioro Nawiady solą w oku był mi ostatni złowiony szczupak. I coraz bardziej byłem przekonany, jak zwał tak zwał, „jego również powinienem wypuścić”. Z drugiej strony chciałem się przecież pochwalić. Czy w naszych czasach to zdrowy odruch? Z punktu widzenia dzisiejszych doświadczeń wiem, że nie warto się niczym chwalić! Nawet rybą złowioną.

Po przedostaniu się kanałem z Nawiad do mojtyńskiego jeziora, napotkany wędkarz zrobił mi fotkę. W okolicy przystani jeziora Mojtyny szczupaka uwolniłem i tym akcentem zakończyłem swoje weekendowe Eldorado.

W dniu wyjazdu niepewną ręką się ogoliłem. Popijając gorącą herbatą zjadłem ostatnie jajka na miękko. Posprzątałem po sobie i raz ostatni okiem rzuciłem na pokój. Opłaciłem należności za pobyt i pożegnałem sympatyczne kierownictwo schroniska. Żałośnie spode łba zerkałem w stronę mojtyńskiego jeziora. Zawahałem się, tak bardzo chciałem tu jeszcze zostać. Obładowany manelami, powoli zmierzałem w stronę parkingu. Skruszony, przez okno mojego auta, wzrokiem odprowadziłem spokojną, sino-granatową powierzchnię jeziora. Stopniowo dodając gazu ruszyłem do domu, w stronę Warszawy.

Następnego dnia rano, przeklęty budzik nie dał mi spać. Gdy żona zwlokła mnie z łóżka trudno mi było uwierzyć, że już muszę pędzić do pracy. Weekend się skończył rozsadzał mą głowę piekielnie skrzeczący klangor mojej starej. Co ja bym dał, ażeby ta baba rano ćwierkała lub zamiast budzika usłyszeć głos kołowrotka, a nawet pisk dulki. Zaciągając się miejskim powietrzem nie czułem zapachu lasu. Czar prysł i moje szczęście wyciekło przez palce. Przetarłem zaspane oczy i pomyślałem o następnym weekendzie, wypadzie na ryby. A może nad Wisłę, albo nad Narew do Pogorzelca na sumy? Nie, nie, jeszcze nie wykrztusiłem, to nie ten klimat. We mnie nadal toczyło się przecież mazurskie życie. Myślałem wciąż o zacisznym schronisku, w którym mogłem naprawdę się wyspać. Miałem potrzebę „spacerowania” łódką, łowienia szczupaków, oglądania osobliwego obszaru „patelni” i dalszych uroczysk za wyspą bobrową. Wzrokiem chciałem przeszywać przejrzystą toń i tam, wśród bajecznych obszarów wody oglądać snujące się ryby. W łazienkowym lustrze widziałem lawinę fragmentów scen moich eskapad znad jezior. Głęboko w głowie utkwił mi kontrast styczności błękitu nieba z szuwarem soczystej zieleni oraz godne podziwu ryby z jeziora Nawiadki. Moje ciuchy dogłębnie przesiąkły tamtym powietrzem. Mrużąc oczy nad zlewem, wspominałem koncertowe trele ptaków z enigmatycznej wyspy. Pragnąłem jeść na śniadanie świeżo usmażone i pachnące dzwonka szczupaka. Z wiejskich jaj brakowało mi ambrozji, a przede wszystkim chrupiącego, mazurskiego chleba z masłem. Topiąc twarz w garściach śmierdzącej chlorem zimnej wody stopniowo studziłem swoje emocje, marzenia o pozostaniu na zawsze, tam na Mazurach.

Do stanu teraźniejszości przywróciło mnie stukanie za ścianą. To jakiś kretyn o piątej rano zaczynał remont swojego mieszkania. Powoli docierało do mnie, że moje pragnienia są bardzo odległe i naprawdę już muszę pędzić do pracy. Zmuszony byłem niuchać ohydne powietrze z warszawskiego blokowiska, pochłaniać wyziewy zakładów przemysłowych oraz samochodowe spaliny, słuchać nad łbem ryczących silników samolotowych i jazgotu sunących po szynach tramwajów. Przed oczami miałem tak zwany kotlet, czyli ścisk spoconych ludzi w komunikacji miejskiej zmieszany ze smrodem tanich perfum i przetrawionego alkoholu. Przerażał mnie tłum społeczeństwa nadciągającego spoza Warszawy, w sklepach i na ulicach. Na myśl o przytłaczającym rejwachu w zakładzie pracy, „wyścigach szczurów”, ludzi skaczących sobie do gardeł robiło mi się niedobrze. Spalały mnie w bloku przewlekłe remonty za ścianą, sygnał pędzącej nocą karetki oraz dyfuzja głośnej muzyki. To naturalnie toksyczny eden, metropolitarna rzeczywistość mojej stolicy.

P. s.
Na skutek rozwoju niepohamowanego przemysłu, zaniedbań gospodarczych czy świadomego niechlujstwa, dziś odczuwalne są wyraźne zmiany. Aby zrozumieć, co napisałem trzeba byłoby tam być i zobaczyć, głęboko odetchnąć, zaczerpnąć wody, posmakować. Wizja obrazu to tylko element jednego ze zmysłów. Zatem nawet najlepsza kamera nie odzwierciedli zapachu kwiatów czy chłodnego i wilgotnego klimatu lasu. Na żadnym nośniku nie można utrwalić właściwego kontaktu, ekspresji tamtego świata. Toteż tłumaczenie ślepemu, jak wyglądają kolory, mija się z celem. I w tej chwili odpowiedz mi czytelniku, czy zrozumiałeś co napisałem? Czy ktoś mi odpowie co straciliśmy, a co dziś jeszcze mamy?