Warszawa

+48 660 973 231 (WhatsApp/Facebook) z.wachala@woblery.eu

moje doświadczenia

Raz na wozie

Dokument

Wstęp

Gdy miałem tak ze dwadzieścia parę lat, niewątpliwie byłem zapalonym wędkarzem. Rozwijając manualne zdolności na własne potrzeby, robiłem popularne wówczas blachy, a później wirówki niezbędne do połowu drapieżników, które w gruncie rzeczy najbardziej mnie interesowały. Apogeum mojego hobby osiągnąłem kilka lat później, gdy zacząłem robić zupełnie inne przynęty. Cierpliwie strugałem je z lipowego drzewa, oklejałem różnymi foliami, malowałem abstrakcyjne wzory i to wszystko lakierowałem. Wykonane z pietyzmem, egzotyczne przynęty okazały się strzałem w dziesiątkę. Ba, nawet w setkę!
W krótkim czasie, jako rasowy wędkarz, zacząłem łowić nieprzeciętne drapieżniki. I w trakcie niezwykłych doświadczeń opanowałem metodę połowu ryb na wędkę, właśnie tych największych, o których marzy chyba każdy wędkarz. Niekiedy pstrykałem im fotki i przyznam, że często brakowało mi sił do właściwej ekspozycji moich okazów. Poznałem ich wędrówki, odkryłem lęgowe zwyczaje oraz wiem, kiedy są agresywne, a kiedy dają się „pogłaskać”. Przejrzałem je od anatomicznej budowy ciała po skrzętne badanie treści żołądkowej. Wtenczas robiłem to po to, by dziś szanowni wędkarze Wam to pokazać. Aby wędkarskie marzenia o dużych rybach, nie na obczyźnie, lecz właśnie w Polsce, jak najczęściej się spełniały. Spróbujcie mojej skutecznej metody, a zobaczycie jak to jest, gdy przez kilka godzin wędka trzeszczy pod naporem wielkiej ryby, a serce w afekcie skacze do gardła. Tymczasem, chciałbym to opowiedzieć bez emocji, ale tak się nie da, więc przeczytajcie choć tę namiastkę, jedną z wielu setek moich spotkań z dużymi rybami z Narwi.

Motto:
W oczach wędkarzy holowane ryby wydają się bardzo duże, jednak już na patelni są jakaś, takie malutkie.

Część 1

W lipcu 1996 roku sam kolejny raz wybrałem się na ryby. Załadowałem wędkarski sprzęt do samochodu i z Warszawy na północ ruszyłem po kolejną przygodę. Po dotarciu na godzinę ósmą do malutkiej miejscowości nad Narwią przeładowałem wędkarskie klamoty do siedmiometrowej łodzi oraz doczepiłem do niej silnik. Wtenczas pogoda była przepiękna, wręcz wymarzona jak na moje wędkarskie zachcianki. Bezchmurne niebo rozpościerało się jakoby błękitny lazur bezkresnego oceanu, a zefirek i wysoka temperatura wpompowały w moją głowę marzenia o wielkiej rybie. Łodzią płynnie tnąc taflę wody rozmarzonym wzrokiem wodziłem po lustrzanej powierzchni za spławiającą się drobnicą. Ze trzysta metrów przed docelowym miejscem zakotwiczenia łodzi, na powierzchni wody moją uwagę przykuły małe kręgi. Spławiające się tak drobne ryby podpowiadały mi, że gdzieś w pobliżu może czatować drapieżnik. Wyłączyłem silnik. Płynąc z impetem, powoli opuszczałem kotwicę. Trzystu kilogramowa łódź wyhamowując zdecydowanie napięła nielichą cumę. Sięgnąłem po spinner. Zestaw uzbrojony był w mój najlepszy wobler. Przynętę posłałem w czeluść.

Przekręciłem tak może z jeden raz korbą kołowrotka, gdy natychmiast miałem silne branie. Zaskoczony nie myślałem, że ot tak z „marszu” może to być atak ryby, który od razu przyprawił mnie o szybsze bicie serca. W chwili szarpania się z wędką zrozumiałem, że to nie przelewki. Praktycznie z powierzchni moją przynętę zaatakował zdaje się duży drapieżnik. Kontakt z rybą był bardzo mocny i wyraźny, więc rzuciłem się do wyjęcia kotwicy. Ciężka jak diabli łódź z prądem rzeki ruszyła za tajemniczo silną rybą. Z efektownie napiętym sprzętem holowany byłem tak kilkadziesiąt metrów, po czym na wędce poczułem luz. Ryba się zatrzymała i przycupnęła gdzieś tam na dnie. W chwili gdy moja łódź znalazła się nad domniemanym sumem, zblokowałem kołowrotek. Ceremonialnie wyginając kij od podłoża zacząłem odrywać przyssaną rybę. Nie będę obwijał w bawełnę, ale tak naprawdę nic szczególnego się nie działo. Właściwie to przez następny kwadrans za nic nie mogłem wyłuskać jej z jakiejś dziury zanim wydało mi się, że ona już jest wyczerpana.

Klasycznym symptomem osłabienia tej sztuki były ukazujące się bąble powietrza, biorące się z jej pęcherza półotwartego, który to niezbędny jest do utrzymania właściwej wyporności i tym samym równowagi. W związku z tym na przykład sum unikając bezpośredniej konfrontacji z człowiekiem, właśnie na tę chwilę wypuszcza z siebie to „zbędne” powietrze. W efekcie, staje się ciężki jak kamień. To właśnie wtedy, rozpoczyna się nowy etap tępej walki, praktycznie tuż przy samym dnie.

W krótkim czasie, jednak złamałem stanowczy opór zwierzęcia i wymęczonego podciągnąłem tuż pod powierzchnię. Lekko opuściłem kij i nagle coś nieoczekiwanego zaczęło się dziać. Poluzowana i skręcona żyłka natychmiast oplotła szczytówkę wędki. To jakieś kpiny, wrzasnąłem zdenerwowany. W jednej sekundzie „strzelił mi prąd po gnatach”. Przypomniałem sobie, gdy kilka lat wstecz straciłem dużą rybę właśnie w podobnie głupi sposób. Wtedy to wielka ryba z piekielną siłą odpłynęła w dal niszcząc mi zestaw. W obecnym przypadku to ja miałem fart. Wyczerpana ryba ostatkiem sił zanurkowała pod samą łódź chroniąc się w jej cieniu. Swą piekielną siłą wciągnęła mi zestaw pod wodę. Sytuacja zrobiła się niebezpieczna, bo już ramiona miałem pod wodą i nadal kurczowo trzymałem wędkę. Nie chciałem jej oddać. Liczyłem na to, że w ostateczności pęknie mi żyłka. Na moje szczęście tu nie było głęboko, nie więcej niż cztery metry. Gdy ryba stała tak nieruchomo w zasadzie nic się nie działo. Chwilowy impas pozwolił mi na głębszy oddech i racjonalne myślenie. Przyparty do muru, spod wody zacząłem spokojnie wyciągać wędkę. Wpierw ujrzałem jej rękojeść. Potem wyłonił się kołowrotek, a następnie pierwszą przelotkę, drugą i pozostałe. Szczytowy fragment wędziska splątany był węzłem gordyjskim. Trzymając tak kij z rękoma w górze, spoglądając w wodę, pół metra pod lustrem, pierwszy raz ujrzałem ogromnego suma.
– Niech mnie kule biją, ale byk! Na widok jego, aż dech mi zaparło. Z sercem na ramieniu lewą ręką odplątałem supeł i błyskawicznie puściłem luźną żyłkę, do której był przyczepiony, niczym francuski piesek nadzwyczaj spokojny sum. Złapałem oddech i zaśmiałem. To chyba ja dziś mam szczęście. Niespodziewanie niedoszła zdobycz, jak zaczarowana stanęła w szranki. Rozzłoszczona ryba przeszła do kontrataku chcąc mi wypłacić, solidny raz swym zwinnym ogonem. Zapewne wywalając mnie z łódki. Przeczuwając co się tu święci, cofnąłem się, nie dając przebiegłej rybie satysfakcji. Godna uwagi rywalka podpłynęła jeszcze raz i w widowiskowy sposób wykonała salto swoim przeszło trzydziestokilogramowym cielskiem! Szczodrze ochlapała mnie i szaleńczo rzuciła się do ucieczki. Jeszcze wyciągnęła mi kilka metrów żyłki zanim zrozumiałem, że to był rozpaczliwy strzał w głąb czeluści.

Właściwie teraz, bez certolenia podholowałem osłabioną rybę. Dostrzegłem wobler mocno tkwiący w zajadzie. To chyba czas pomyślałem i przygotowałem się do lądowania okazałej sztuki. Jeszcze raz napiąłem mocno wędkę kierując obszerną mordę pod samą burtę. Pewnie zaparty w pozycji klęczącej przerzuciłem spinner z prawej do lewej ręki. Prawą dłoń zdecydowanie wsadziłem do paszczy. W żelaznym uścisku cisnąłem suma za dolną szczękę. Niemalże natychmiast odrzuciłem kij i błyskawicznie wsadziłem drugą dłoń pod skrzela. Oburącz ciężką jak diabli okazałą zdobycz wciągałem do łodzi. Wtedy to poczułem, jak na tę ostateczną operację po prostu zabrakło mi sił. Wywlokłem łeb i co dalej? W ułamku sekundy zdałem sobie sprawę, że chyba nie dam rady! Coś mi się tam zaparło i nie pozwalało na wciągnięcie ryby na pokład. Byłem mocno przejęty i rozpaczliwie rozglądałem się, by ktoś mi pomógł. Wtedy to dostrzegłem kilka przypadkowych motorówek z kilkorgiem ludzi, ”z rozdziawionymi gębami” wpatrujących się w tę skrajną sytuację. Przyznam się, że przez ten czas nadal miałem chwile zwątpienia. Po błyskawicznej wymianie wzroku z gapiami zrozumiałem, że nikt mi nie pomoże. I jeśli natychmiast sam czegoś nie wymyślę to moje starania szlag trafi. W myślach prosiłem Boga, by pozwolił mi na bezpieczne wyholowanie tego suma. Ponownie złapałem głęboki oddech. Chyba ostatkiem sił wciągnąłem kolosa do łodzi. Dopiero wtedy puściłem kurczowo trzymaną szczękę i ciężko dysząc z emocji klapnąłem na drewniany podest.

Prezentacja aparatu gębowego "cyrkowej" sztuki (sum 32kg)
Prezentacja aparatu gębowego „cyrkowej” sztuki (sum 32kg)

W tejże chwili usłyszałem oklaski od ciekawskich obserwatorów. No tak, klaskać to każdy potrafi. Ale pomóc przy lądowaniu takiej ryby nikt nie chciał. W szyderczym uśmiechu szczerzyłem zęby. Chwilę potem, co ciekawsi bez umiaru tłoczyli się na mojej łodzi. W zamyśleniu usiadłem na burcie i przyglądałem się pstrykającym fotki z moją okazałą sztuką. W przypływie miłości do zwierząt nie rajcowało mnie robienie zdjęć, lecz zaskoczył mnie abordaż rozzuchwalonego suma, wyskok i niemalże perfekcyjnie wykonany obrót, jak Axel, którego nie powstydziłby się wprawiony łyżwiarz. Wkrótce odpaliłem silnik. Skierowałem łódź w miejsce, gdzie nastąpił atak. W duchu miałem cichą nadzieję, że tryskające szczęście dziś mnie nie opuści.

Na miejscu bezgłośnie opuściłem kotwicę. Jednocześnie wpadłem w samo zachwyt przyglądając się złowionej zdobyczy. Ryba była tak okropnie zmordowana, że w jednej chwili szkoda mi się jej zrobiło. Leżąc na dnie łodzi widziałem jak z braku tlenu cierpiała. Niewątpliwie się dusiła. Ruszyło mnie sumienie i od razu jakoś chciałem jej pomóc. Z drugiej strony po prostu nie chciałem jej stracić, no bo niby dlaczego? Biłem się z myślami. Przyszło mi do głowy, by na chwilę obecną przewlec dodatkową linę przez skrzela i pysk. Następnie zaczynając od ogona stopniowo wywalałem tęgą rybę za burtę. Drugi koniec liny przywiązałem do knagi. Przyglądając się tak dziwnemu tworowi natury zaczęło mi zależeć, by ten okaz mógł przeczekać ciężkie chwile w swoim środowisku niż miałbym go ot tak, po prostu zabić. Po wykonaniu zadania umyłem ręce i rozanielony wziąłem się do dalszego wędkowania.

Część 2

Tym razem dla eksperymentu na zestaw założyłem innego woblera. Srebrna mała ukleja wydała mi się najodpowiedniejszym wabikiem na tę okoliczność. Niczym z procy, sprężystą wędką wystrzeliłem ją przed siebie daleko w rozległą toń wody. Jak okiem sięgnąć powierzchnia była lekko pofalowana, a słońce niemiłosiernie paliło. Praktycznie byłem sam, innych pływających jednostek w okolicy nie było. Usłyszałem plusk przynęty i właściwie od razu zacząłem skręcać żyłkę tak, jak w poprzednim przypadku. Powtórzyłem kilka razy kolejność czynności i… nic. Nawet nie miałem trącenia. Zaraz wpadłem na pomysł, ażeby przynętę poprowadzić możliwie blisko dna. A może po samym dnie? Przecież było południe i zastanawiałem się czy drapieżnik przypadkiem nie poluje głębiej. W związku z tym, zmieniłem ten mały, pływający wabik na dużego, tonącego i do tego w barwach żółtego okonia. Wszak sumy z natury są „węchowcami”, więc z plecaka wyjąłem atraktor, który wcześniej sporządziłem na bazie własnych doświadczeń. Tym razem wabik posmarowałem wypraktykowanym śmierdzącym kompozytem w postaci rzadkiej maści, która świetnie maskowała podejrzane smrody i zapachy. Alternatywą był głęboki wykrot i w zamyśle cisnąłem wobler przed siebie, a potem już cierpliwie czekałem. Czekałem, aż wabik swobodnie osiądzie na dnie. Mniej więcej po pół minucie, wolno uniosłem szczytówkę. Napinając żyłkę złapałem kontakt z przynętą, przez co wolniutko zacząłem prowadzić ją po dnie. W trakcie rytmicznej pracy nagle wobler zdaje się zaczął o coś zawadzać. Jego praca stawała się coraz wyraźniej czymś zakłócona. I nagle, gdzieś tam głęboko nastąpiło silne przygwożdżenie do dna, właśnie tak, jak bym gwałtownie o coś zawadził. Odruchowo zaciąłem i wędkę napiąłem. Zrobiłem głupią minę, bo przez chwilę po prostu nic się nie działo. Kilkakrotnie napinałem zestaw i w zdumieniu czekałem na dalszy rozwój wydarzeń.

Czekałem tak jeszcze kilka sekund, gdy elastyczna wędka nagle sama się ugięła. Do gardła z emocji skoczyło mi serce i waliło jak młotem. Zrozumiałem, że tam w przepastnej otchłani moją przynętę zaatakował kolejny smok. Po sile wyciągania żyłki już nie miałem złudzeń, że za chwilę znowu się zacznie hol łodzi. Dobre miejsce trafiłem, przechwalałem się w myślach. Z samo zachwytu nagle wyrwało mnie bardzo mocne szarpanie kijem. Uświadomiłem sobie, że powinienem jednak skoczyć do cumy. Po oswobodzeniu łodzi następny wielki drapieżca ciągnął mnie „jak cholera”! Wierzcie mi, jest to niesamowite uczucie, gdy jest się holowanym przez wielką rybę. W trakcie rozwoju wydarzeń nie było mowy o zatrzymaniu czy nawróceniu zdecydowanie silnej ryby. Ona gnała w dół rzeki jakbym poganiał ją batem. Nawet nie zwracała uwagi, że za sobą ciągnie prawie półtonowy ciężar, jak gdyby nic. W każdym razie, ten osobnik przepłynął tak ze dwieście metrów i nagle zrobił w tył zwrot. W miejscu zatoczył krąg i powoli popłynął pod prąd wolno płynącej Narwi.
Zaraz się zmęczy – syczałem przez zęby – ale jazda! – już po chwili podniosłem rejwach. Wtenczas przypomniała mi się ze szkolnych lat lektura, postać Santiago z książki: „Stary człowiek i morze”, właśnie dlatego, że byłem holowany przez wielką rybę i stanowczo z nią walczyłem. Podświadomie myślałem o mojej przewadze, chociażby dlatego, że tu w Narwi nie ma rekinów. I jeśli sam czegoś nie schrzanię to dziś będę miał kolejną fascynującą zdobycz. Potrząsnąłem głową. Jakie to dziwne myśli, właśnie teraz chodzą mi po głowie. Tymczasem nadwyrężona żyłka ostro cięła wodę, gdyż sum zdecydowanie holował moją „krypę”.

Na pozór wygląda spokojnie, ale w obronie własnej taka półtorametrowa ryba skutecznie potrafi się bronić.
Na pozór wygląda spokojnie, ale w obronie własnej taka półtorametrowa ryba skutecznie potrafi się bronić.

Po około dwóch kwadransach przejażdżki „za friko”, wielki wąsacz zdaje się zaczął słabnąć. I nie dziwię się, bo gdybym ja na ten przykład ciągnął tyle czasu taki ciężar, to zapewne dostałbym co najmniej przepukliny. No, ale to nie ja byłem na jego miejscu. Jak smok wielka ryba, zatrzymała się przy dnie i ani myślała się ponownie ruszyć. W kołowrotku siłą rzeczy docisnąłem hamulec i co raz to mocniej zacząłem pompować. Chwilami kij napinałem ile wlazło. Wreszcie ryba energicznie się poruszyła. Nerwowo gdzieś wystrzeliła, a potem znów na miejsce wróciła. Po dwóch, może trzech mocniejszych odskokach w tą i tamtą stronę, dało się wyczuć, że ona w sobie już nie ma tej potencjalnej siły, którą prezentowała jeszcze kilka minut temu. W krótkim czasie, okazało się, że była już mocno zmęczona. Wykładała się na bok, tuż przy samej łodzi. Na pozór wygląda spokojnie, ale w obronie własnej taka półtorametrowa ryba skutecznie potrafi się bronić. Dopiero wtedy zobaczyłem, że nie jest to tak monstrualny okaz, jak sobie go wyobrażałem, ale i nie tak mały, bo na oko dawałem mu jakieś 25 kilo. Chwyciłem za obszerny podbierak i sprawnie umieściłem w nim wyczerpanego suma. Dźwignąłem obręcz i bez ceregieli wrzuciłem go do łodzi. Dumny jak paw, rozglądałem się wkoło, by się pochwalić, ale niestety byłem sam.

Oto kolejne, tym razem 26-kilogramowe "szczęście".
Oto kolejne, tym razem 26-kilogramowe „szczęście”.

Gdy usunąłem fartowną przynętę z paszczy, przewlokłem grubą linę przez pysk i skrzela. Delikatnie przewalając przez burtę na zewnątrz puściłem suma do wody. Drugi koniec liny przewiązałem przez reling. Potem opuściłem kotwicę. Prawdę mówiąc byłem już upojony dzisiejszymi atrakcjami. Jednak po zjedzeniu drugiego śniadania, powrócił mi następny apetyt na kolejną okazałą rybę. Naładowany nową energią zacząłem szykować sprzęt do dalszego połowu. Jeszcze ręce trzęsły mi się z wrażenia, bo jak dla mnie były to nabrzmiałe emocje. Po starannym dopięciu zestawu na ostatni guzik ponownie posłałem wabik w spokojny nurt rzeki. Odczekałem kilkanaście sekund. Potem bardzo wolno zacząłem zwijać żyłkę. Wykonałem tak kilka precyzyjnych rzutów, dokładnie w ten sam sposób, jak poprzednio. I nic.
Potopiły się czy co? – zawiedziony gderałem. Wówczas mą uwagę przyciągnął elektryzujący widok złowionych sumów, który niewątpliwie podnosił mnie na duchu. Po kilku kwadransach bezowocnego łowienia postanowiłem spłynąć z nurtem rzeki, zwłaszcza w miejsce, gdzie ostatni złowiony sum zrobił sobie odpoczynek. Skoro drapieżca zaciekle trzymał się tego miejsca, to może jest tam jakaś kryjówka? Na miejscu delikatnie opuściłem cumę. Z wielkim zapałem posłałem wobler w obiecujące miejsce, gdzie prąd Narwi wydawał się lekko załamywać. Wyglądało na to, że tam przy dnie była jakaś przeszkoda. Mogła to być zatopiona łódź, zepchnięty przez silny nurt konar lub inne zgromadzone osady denne. To jest wręcz doskonała czatownia, zamyśliłem się. Ale mogę tego żałować, zawadzić i urwać przynętę, zacząłem krakać. Odruchowo uniosłem szczytówkę do góry, by wobler prowadzić wyżej, w pół wody. No tak, ale z drugiej strony, kto nie ryzykuje ten nie łowi, pomyślałem. Nie byłem jednak pewien swojej decyzji.

Wykonałem kolejny rzut. Właściwie postępując z tonącym wabikiem, teraz czekałem, aż ten osiądzie na samym dnie.
Cholera – rozzłoszczony wydarłem się, energicznie unosząc szczytówkę. Praktycznie nie zdążyłem poderwać przynęty, gdy natychmiast poczułem wredną zawadę.
Co za pech – jeszcze warczałem. Cicho zakląłem i wędką szarpnąłem. I jeszcze raz. Bałem się, że urwę fajnego woblera. Zresztą, każde swoje dzieło szkoda mi było ot tak, zostawić w Narwi.
Eeech! – głośno wrzasnąłem, czując nagłe, gwałtowne targanie wędką. W trakcie błyskawicznie rozwijającej się akcji rozsadzało mnie przyjemne uczucie podniecenia. Luzując hamulec kołowrotka rzuciłem się w stronę cumy. Nie chciałem, by uciekająca ryba przypadkiem zabrała mi wędkę, więc ją docisnąłem kolanem do burty. Chwyciłem za wiosła. Kilkoma pchnięciami pokierowałem łajbę w stronę histerycznie uciekającej ryby. Plan był przedni, lecz mój przeciwnik zawrócił. A po chwili obrał inny kierunek ucieczki. Ledwo łódź wyhamowałem, a on znów zmienił taktykę. A niech to, bawi się ze mną w kotka i myszkę. Może to właśnie on, cwaniak mnie chce wykończyć. Świetna strategia, z uwagą obserwowałem przebieg zdarzenia. W jednej chwili zaświtało mi w głowie, że wcale nie musi to być sum. Zdaje się po ostatnich sensacjach do pustego swojego łba, tylko sobie tak wbiłem ogromne sumy. Równie dobrze mieszkańcem tych wód przecież okazać się może wielki szczupak. Albo kolosalnych rozmiarów karp, przypadkiem zaczepiony za tyłek. Minęło tak z dziesięć minut, gdy zniecierpliwiony mocniej targnąłem wędką. Ni stąd ni zowąd, nagle tuż przy łodzi, wyłonił się cętkowany na wzór lamparta, ogromny szczupak. Oniemiałem z wrażenia. Na powierzchni był tylko chwilę, ale na moje sprawne oko ten zębacz miał kilkanaście kilo.
Och jaka piękna, cudowna sztuka – purpurowy z wrażenia wrzeszczałem i w miejscu nogami przebierałem. Zębaty zwierz pełen wigoru piorunem dał nura w głąb i zniknął w czeluści. Tak mocno przywarł do dna, że przez następną chwilę w ogóle nie mogłem go ruszyć. Płynnie sekundy zaczęły się zmieniać w minuty. Nieco podkręciłem marnie ustawiony hamulec. Podekscytowany biegiem zdarzenia zacząłem tak mocno ciągnąć, niczym z katapulty, smukły drapieżca wystrzelił z głębi. Wpierw zobaczyłem fontannę wzburzonej wody, gdy szczupak tworzył w niej salto. Jednocześnie żwawo potrząsał wielkim łbem. Widocznie chciał pozbyć się z paszczy kującego świństwa, które niewątpliwie tam go żądliło. Wpadając do wody z furią utworzył taką kipiel, że przez chwilę nie było go tam widać. Byłem zdumiony tym co zobaczyłem. Dosłownie szalał tuż przy łodzi, aż szkoda, że przypadkiem do niej nie wskoczył.

Nie sposób mi było wyrazić żal po stracie takich, a może większych okazów?
Nie sposób mi było wyrazić żal po stracie takich, a może większych okazów?

Ochlapał mnie i tym wytrącił z osłupienia. Gdy już tak trochę się uspokoił, znieruchomiał. Potem jednym strzałem znalazł się pod łodzią. Odczekał chwilę i zaraz dał nura w dno, aż kołowrót zajęczał.
A ty spryciarzu – warczałem przez zaciśnięte zęby. Nastąpiła cisza. Wówczas uprzytomniłem sobie, że przed około trzema godzinami byłem świadkiem niecodziennego salta okazałego suma. A teraz ten szczupak akrobata! Co, one z cyrku pouciekały? Nieco zbity z pantałyku myślami wróciłem na ziemię i na maksa zacząłem ciągnąć. Teraz to na mnie kolej, pomyślałem i zdecydowanie zaciąłem. Przez dobrą chwilę wyginałem kij w pałąk. Raz w lewo, a potem w prawo, aż żyłka brzęczała. Charczała, jak rozciągnięta struna w starej gitarze. Zacisnąłem zęby. Intuicja mi podpowiadała, że te manipulacje kijem nie wróżą nic dobrego. Pomału zaczęło do mnie docierać, że szczupak zdaje się wlazł w jakąś zawadę. Zmartwiony, jeszcze kilka minut szarpałem kijem do przodu i tyłu, w bok i na ukos. Zdesperowany na żyłkę założyłem odczepiacz do uwalniania przynęt. To takie ciężkie ustrojstwo wyposażone w mocniejszą od żyłki linkę. Zdecydowanym szarpnięciem wytargałem tylko pęk zmurszałych gałęzi.

– Niech to szlag – zawiedziony przycupnąłem na ławce i rozpaczliwie przeklinałem na czym świat stoi. Jak to się mogło stać, że ot tak straciłem ten śliczny okaz? Przez długą chwilę jaszcze zgrzytałem zębami.
– Taa; biednemu zawsze wiatr w oczy wieje, a bogatemu i byk się ocieli – filozoficznie stwierdziłem.  Wkrótce mój wzrok trafił na uprzednio złowione sumy. Wydało mi się, że właśnie one są plastrem na moje rany. Widok ich trochę zdusił mój wisielczy nastrój. Zrozumiałem, że szkoda czasu na rozpacz. Z nosem na kwintę zacząłem na nowo przeglądać jeszcze cnotliwe precjoza. Podekscytowany ostatnimi zdarzeniami burzliwie w pudle szukałem odpowiedniego wabika. Nie zwracałem uwagi na to, że kułem palce ostrymi, jak brzytwa kotwicami. Wreszcie wpadł mi w oko nietuzinkowy wzór, który właściwie przypominał estetycznie ubarwionego okonia. Smarując go śmierdzącą maścią na sumy, zaczepiłem ten wobler na mocnej agrafce. Nafaszerowany dzisiejszymi sukcesami z entuzjazmem cisnąłem nim jak mogłem najdalej, w rozległą i zagadkową masę wody. Cierpliwie odczekałem z pół minuty i wziąłem się do zwijania żyłki. Pierwszy rzut, nic. Drugi, też pudło. Trzeci rzut – hmm…? Zawada?
Tak, to tępa zawada – drwiąco zaśmiałem – co tam jest, dno wybrukowane kamieniami? Mocując się z twardym jak skała zaczepem rozbieganym wzrokiem, przezornie wodziłem po dnie łodzi.
 Szukałem ustrojstwa do odczepiania przynęt. Znienacka jakaś siła chciała mi wyrwać z rąk wędkę. Wpierw mina mi zrzedła, ale profilaktycznie zaciąłem. Z jednostajną siłą napinałem zestaw. Sekundę po, coś mocno szarpnęło zestawem! I jeszcze raz! W ręku czułem rytmiczne szarpanie. Oczy postawiłem w słup, gdy spinner apiać parabolicznie się wygiął. A kołowrotek zajęczał.
– To nie zaczep, to żyje, to jest ryba! – wydarłem się wkoło.
 Błyskawicznie doskoczyłem do cumy. Gdy dłońmi ścisnąłem kij i ponownie zaciąłem to moją twarz oblało zdziwienie. W tej samej chwili nie czułem już nic. Żadnych oporów, po prostu nic. Z pąsem na twarzy kręciłem nerwowo korbą kołowrotka, jak gdybym brał udział w wyścigu. Na próżno. Zdaje się pękła żyłka! Spieniony na opak gestykulowałem.
– No coś nieprawdopodobnego – wrzasnąłem z niedowierzaniem.
– Jeszcze brakuje dziury w łódce – z całych sił ryknąłem wzburzony. Nie mogłem uwierzyć… . Rozzłoszczony wpatrywałem się w głębię. Usiadłem na ławce. Zastanawiałem się co mi się przytrafiło. Chciałem się uspokoić, zjadłem kanapkę i popiłem mineralną. Potem, jeszcze trzęsącymi z emocji rękoma przewiązałem nowy zestaw. Mimo wszystko podświadomie nadal flaki mi się wywracały na myśl o stracie, jakże skutecznej przynęty i w gruncie rzeczy ryby, która ją w dziwny sposób zaatakowała. Dziwny, a może właściwy sposób łowienia sumów „z ręki”. Kolejny raz wlepiłem wzrok w swoje zdobycze. Nie dało się ukryć, to one wymownym widokiem wylewały mi miód na serce. W dodatku stopniowo tłumiły niemiłe gniecenie w dołku. 

Część 3

Właściwie teraz byłem zmuszony do następnych eksperymentów. W pudle z wabikami od nowa zacząłem grzebać, przebierać, macać i wąchać. Wreszcie wybrałem ciemnozielonego, również tonącego woblera z zupełnie innym sterem głębokości. Czas tak szybko upłynął i nawet nie zauważyłem, że była już szesnasta. Mocno chwyciłem kij w garść. Przynętę cisnąłem w dal, w miejsce, w którym tak było widowiskowe branie. Gdy wobler uderzył o lustro wody usłyszałem takie dziwne pacnięcie. Próbowałem napiąć zestaw. Zdziwiłem się, bo w zasadzie nic nie poczułem. Żadnej pracy przynęty, oporu, po prostu nic.
Co za licho, znów coś się pieprzy?! – warknąłem, niczym zdezelowany rozrusznik. Nie rozumiałem, co się stało? W ułamku sekundy już myślałem, że ze złości po prostu wybuchnę. Coś od środka zaczęło rozsadzać mnie i przy okazji do 150 km/h rozpędzać złowrogie myśli. Czyżby znów pękła żyłka? Wkoło rzucałem siarczyste gromy. W dość szybkim tempie zwinąłem kilkanaście metrów żyłki, gdy tuż koło łodzi wyczułem znaczący opór. Z napiętym kijem stałem jak wryty. Na wysokości łodzi, wielki jak smok, powoli, niecały metr pod wodą mijał mą krypę wielki sum. Jak gdyby nic, nie zwracając uwagi kierował się pod prąd rzeki. Bezgłośnie mijając mnie na miarę podwodnego okrętu marynarki wojennej, co najmniej klasy Kilo*. W międzyczasie czułem, jak bez opamiętania znów serce waliło mi, jak młotem. Rozpalony emocjami odruchowo napiąłem kij. Wtedy to moja wielka łajba powoli zaczyna się odwracać.
Ojej! Szybko do cumy, natychmiast uwolnić łódź – gorączkowo krzyczałem. Do rufy błyskawicznie skoczyłem z napiętym kijem i usiadłem na nim. Natychmiast zluzowałem sprzęgło w kołowrotku. W samej istocie rzeczy tym odciążyłem ekstremalnie napięty zestaw. Duża ryba cały czas jednostajnie wyciągała cenne metry żyłki. Po uporaniu się z kotwicą mocniej dokręciłem hamulec, aż kij znów się napiął. Ciężka łódź z mozołem zaczęła płynąć za wielką rybą. Nie była to efektowna prędkość Formuły 1, ale na gładkiej powierzchni wody tworzyła się mała, filigranowa fala.
Ale ma w sobie parę. Właściwie nic szczególnego tu się nie działo i bez napięcia obserwowałem darmowe wojaże. Podziwiając widoki z biegiem czasu do okoliczności się przyzwyczaiłem. Czas mijał, a ja od przewlekle napiętych mięśni poczułem się już trochę zmęczony. Dzień był upalny i duszno mi było. Przecież ja nie miałem dwudziestu kilku lat, by tak zażarcie szarpać się z rybami. Z uprzednich moich doświadczeń wynikało, że nie ma co ciągnąć na siłę, bo niby po co, przecież to i tak nic nie da. Zdałem już sobie sprawę, że jak będę niepokorny to na pewno jakiś element w zestawie trzaśnie lub po prostu wylecę z łodzi. Poza tym nie sztuką jest chwalić się jakiego na wędce miałem potwora, lecz sztuką jest go wyłożyć do fotografii.

Nieubłaganie czas mijał, a ryba nadal niezmordowanie holowała moją łódź. Po przebytym tak około półkilometrowym odcinku pod prąd rzeki ryba zwolniła i nagle się zatrzymała. Nie ruszała się, więc od razu podjąłem walkę. Tym razem to ja oporną rybę próbowałem ciągnąć do siebie. Wpierw bardzo mocno napiętym kijem ciężką łódź z wolna podciągnąłem nad przeciwniczkę. Ona z miejsca ruszyła w cień łodzi, czuła się tam bezpieczna. Chwilami nie mogłem udźwignąć jej i wciąż z wygiętym kijem stałem tak coraz bardziej zniecierpliwiony. Ile tak będę się gimnastykował, w myślach zadawałem pytanie. Nieustannie napinając kij po kilku minutach mocowania się, poczułem gigantyczne uderzenie o żyłkę. Wyglądało na to, że to był atak. Protest i próba zerwania żyłki. Tym zachowaniem ta ryba dawała mi do zrozumienia: „To moje królestwo! Wynocha stąd!”.

Z wygiętą wędką stałem już dłuższy czas i zastanawiałem się co tak naprawdę mam zrobić. Z drugiej strony praktycznie nie mogłem dopuścić, by ona beztrosko sobie odpoczywała, bo będę z nią tak pływał do północy, a potem co dalej? Zbliżała się osiemnasta, a przede mną było jeszcze kawał dnia. Nurtowało mnie wiele pytań. Chciałem wiedzieć, kto tu kogo holuje i kto wie, co tak naprawdę za bydle jest tam z drugiej strony wędki. Chciałem zobaczyć go choć na chwilę. Podczas tego napięcia z czasem odczuwałem coraz to większy ból w nogach, rękach i ramionach. Dłonie chwilami odmawiały mi posłuszeństwa. Mimo wszystko, stać mnie jeszcze było na to, by wziąć się w garść i nie pękać. Toteż, jak najszybciej chciałem skrócić tę walkę poprzez zdecydowany i trochę mocniejszy hol. Ale ta jego masa…?

Zerkałem na przesadnie wygiętą wędkę i trochę już postrzępioną żyłkę. Bałem się o nią by właśnie teraz nie pękła. Z dużym wyczuciem nadal naprężałem zestaw. Wreszcie poczułem, że ryba ponownie uniosła się z dna. Paradoksalnie sytuacja się powtórzyła. Jeszcze raz sum walnął ogonem o przesadnie napiętą żyłkę, sygnalizując mi tym: „A daj ty mi święty spokój”. Właściwie ustawiony hamulec odparł kolejny atak. Z diabelską siłą okazały drapieżca ponownie próbował przyssać się do dna. Podkręciłem sprzęgło. Do granic wytrzymałości napiąłem zestaw. Z pąsem na twarzy ciągnąłem ile wlazło, aż wreszcie sum ustąpił. W trakcie tej emocjonującej walki wyczuwałem już wyraźniejsze ustępstwa mojego przeciwnika. Niewykluczone, że to nie mi, lecz jemu, po prostu brakowało już sił. Jakby nie było walka trwała przeszło godzinę. Do powierzchni jeszcze nie dał się podciągnąć. Jednak rzucając na szalę wszystkie swoje siły, król tych okolicznych wód znów ciągnął za sobą cały bagaż. Przepłynął tak może ze sto metrów i zaczął zataczać wielki krąg. Łódź na tę chwilę zwolniła, a potem się zatrzymała. Przez krótki czas stałem na rufie skołowany. Zobaczyłem jak zestaw znów się mocno napina, a łódź pomału odwraca. Nie ma co panikować. Tym razem ogromna ryba już ciągnęła mnie w dół rzeki. Spojrzałem na zegarek. Była osiemnasta czterdzieści, gdy moja krypa nadal płynęła w dół Narwi.

Bez dodatkowych emocji płynąłem tak kolejne pół kilometra, gdy ryba gdzieś tam się zatrzymała. Wiosłami stopniowo łódź wyhamowałem. Ciężko i wolno, napiętą wędką podciągnąłem się w okolice zastygłej ryby. Ceremonię pompowania podjąłem odnowa. Ciągnąłem z całych sił i wtedy poczułem lekkie ugięcie kija, jakby ustępstwo, znane mi już osłabienie. Od tej pory, już co raz częściej ryba dawała się oderwać od dna. Wprawdzie znaczący opór jeszcze stawiała i w swoje miejsce znów powracała. A ja natarczywie ciągnąłem ją do siebie, do lustra wody. W ten sposób chciałem zmęczyć i do końca osłabić swego przeciwnika. Właściwie ja też byłem zmęczony. Cholernie zmęczony. Przez ten lejący się żar z nieba, kondycja moja nieźle dostała w dupę. W dodatku od kilkugodzinnego napięcia mięśni wszystko mnie bolało. Ze zmęczenia wędkę przekładałem z ręki do ręki. Resztkami sił ciągnąłem ile się dało. Zmęczony sum podpływał tuż pod powierzchnię i gwałtownie zawracał. Wielokrotnie robił widowiskowy młyn. Jakby w zwolnionym tempie dał majestatycznego nura w mrok otchłani pozostawiając wielki wir. Takie ekstremalne mocowanie trwało jeszcze kilka dobrych minut zanim pierwszy raz okazały sum przewalił swoje zwaliste cielsko na lustrzanej powierzchni.

Gdy władca tej wody zobaczył swego oprawcę, nerwowo dał susa wzdłuż nurtu, trasując nowy tor ucieczki. Imponujących rozmiarów przeciwnik z każdą chwilą był coraz bardziej wycieńczony. Teraz z łatwością podciągnąłem go w okolice burty. Choć na pozór to było proste, jednak czułem przez skórę, że na podebranie ryby jest jeszcze za wcześnie. Wszakże, dało się wyczuć, że podczas próby podebrania, rozjuszona ryba, może w obronie własnej, ogonem wielkim jak decha do surfowania ostatecznie wyrżnąć mnie w łeb, aż bym z łodzi wyleciał. Wtedy szybko wyrównałaby ze mną rachunki. Nie wykluczone, więc nie ryzykowałem.
Jeszcze nie – uważnie obserwując jej zachowanie mamrotałem pod nosem. Ostatnie minuty praktycznie rozegrały się tuż przy łajbie. Potem przeciwnik leżał już w bezruchu. Teraz, gdy zobaczyłem go w całej okazałości, pomyślałem, że to chyba jest zbyt wielki okaz. W duchu nie byłem pewien, czy dam sobie z nim radę. Nie tracąc czasu na rozmyślania, impulsywnie napiąłem kij i ślizgiem podciągnąłem zmęczone zwierzę w okolicę zasięgu ręki. Gdy przed moimi oczami wielka jak ceber paszcza samoistnie rozwarła się w przepastnym przełyku zobaczyłem swój zahaczony wobler. W ułamku sekundy, podziwiany bezmiar aparatu gębowego zrobił na mnie wstrząsające wrażenie. Potem przeciwnikowi spojrzałem w malutkie oczy, on zdaje się patrzył na mnie. Czułem, że kapituluje. Wpatrując się w niego jak sroka w gnat pomyślałem, że to już czas na ostateczną rozgrywkę. Dla pewności jeszcze raz podholowałem go na właściwą odległość, by dłonią lekko palnąć go w łeb. To świetny sposób na sprawdzenie oznak agresji, podekscytowany myślałem. Ten zimnokrwisty zwierz o iście masywnej budowie praktycznie nie reagował i był spokojny.
Sursum corda! – wrzasnąłem i na pewniaka podciągnąłem go w zasięg ramienia. Przerzuciłem kij z prawej do lewej ręki i prawą dłoń zdecydowanie wsadziłem do mordy wielkiej jak kocioł. W żelaznym uścisku chwyciłem za dolną szczękę. W mgnieniu oka, wielki sum targnął mną jakbym na przywitanie rękę podał kowalowi. By nie wylecieć z łodzi, odruchowo kolanami zaparłem się mocno o ławę i zdecydowanie nad wodę uniosłem ogromny łeb. Błyskawicznie z lewej dłoni odrzuciłem spinner i dodatkowo rękę wsadziłem pod skrzela. Wyprostowałem się i jednym zamachem wywlokłem tylko część ryby! Zaś druga część tułowia niestety, jeszcze zwisała na zewnątrz łodzi! Gdy rozpaczliwie złapałem głęboki oddech wygiąłem się jeszcze mocniej, jak tyczka lekkoatlety podczas skoku wzwyż. Z wielką siłą wtargałem resztę kolosa do łodzi.
Nareszcie jest mój – gorączkowo wrzeszczałem, trzęsąc się z emocji.
Zbysiu, jeszcze w twojej historii, pogoni za rybą tego nie było. Takie sumy! – Chcąc pokazać to światu, rozentuzjazmowany wydzierałem się wniebogłosy. Umordowany, ale szczęśliwy usiadłem na ławce.

Moje nieco większe, prawie pięćdziesięciokilogramowe szczęście
Moje nieco większe, prawie pięćdziesięciokilogramowe szczęście

Przyglądałem się tak przegranemu przeciwnikowi. Jak stary człowiek, sum ciężko oddychał. Gdy już ciśnienie trochę opadło zrozumiałem, że ryby te powinienem wypuścić. Patrzyłem tak na tego monumentalnego suma i widziałem jak się dusił, więc długo się nie zastanawiałem tylko linę przewlokłem przez mordę i skrzela a potem wyłożyłem go za burtę. W zalaną zachodzącym słońcem wodę wlepiłem wzrok i tak naprawdę miałem już wszystkiego serdecznie dość. Całej tej walki, a nawet tych ryb. Marzyłem o łóżku, w którym mógłbym rozłożyć swe obolałe gnaty. Po dobrych kilku minutach, gdy nieco doszedłem do siebie cieszyłem swój wzrok. Choć nie było to łatwe, ryby zważyłem. Łączna waga śmiało przekroczyła stówę! Nieopodal na brzegu zobaczyłem spacerujących ludzi. Podpłynąłem tam i jakąś kobietę poprosiłem, by moje szczęście uwieczniła na fotografii.

Po wielu latach od tego zdarzenia widok tej fotki, nawet dziś przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Łączna waga przeszło sto kilo.
Nawet dziś widok tej fotki przyprawia mnie o szybsze bicie serca. 

Po sesji zdjęć ryby postanowiłem definitywnie uwolnić, a nie zabijać i pożreć. Chciałbym tu zaznaczyć, iż w ten sposób jaki przetrzymałem ów okazy mogłem sobie pozwolić na ich podziw, pokazanie innym, a przede wszystkim zwróciłem im wolność. Przetrzymywane tak duże ryby były w dobrej kondycji i powróciły do swojego królestwa – tętniącej życiem Narwi.

Epilog.

Zatem już od najmłodszych lat to zadziwiające miejsce przyciągało mnie jak magnes, by tam łowić, by tam obcować w obliczu natury. Spędziłem tam kawał życia będąc na łodzi i na wędkę łowiłem ryby. Wiem, że łowienie ryb jest pojęciem względnym, ale powiedzmy że w ostatnim ćwierćwieczu, tylko w tej części Narwi złowiłem około 16 ton sumów, drugie tyle szczupaków, sandaczy i innych gatunków ryb, oszukując je tylko na swoje woblery. Dodatkowo łowiłem ryby od Kotliny Kłodzkiej, aż po Suwałki. Nawet i dalej. Przejechałem kawał Polski za sensacyjną przygodą z rybą, ale ze wszystkich rzek, które poznałem Narew głęboko zakotwiczona jest w moim sercu.

Klasa Kilo* – oprócz napędu dieslowskiego, ten okręt charakteryzuje dodatkowy bezgłośny napęd elektryczny.