Warszawa

+48 660 973 231 (WhatsApp/Facebook) z.wachala@woblery.eu

Weekendowe Eldorado. Część 7

Ostatecznie przestało padać. Pospiesznie opuściłem „zaminowany” most. Po kwadransie pojawiłem się w porcie. Łódkę zaparkowałem. Szczupak nie ruszał się, sądziłem więc, że już nie żyje. Na pomoście w pierwszej kolejności położyłem olśniewającą zdobycz. To zachowanie skierowane było do przechodzącego wędkarza. Otóż chciałem, by ten swój wzrok mógł zawiesić na mojej rybie, pochwalił mnie i cyknął dodatkową fotkę. W sumie nie byłem pewien, aby fotka strzelona przez młodego Jasia właściwie wypadła. A nóż, ktoś się trafi?

Obok odłożyłem wędkę, kozik do skrobania ryb, plecak i podbierak. Łódź posprzątałem i w ostateczności łańcuch zapiąłem na kłódkę. Prawą stopę postawiłem na krawędź pomostu. Zanim drugą nogą wybiłem się z burty, kątem oka dostrzegłem wobler. Zdaje się, leżał pod podestem sąsiedniej łódki. Zawahałem się i chciałem zawrócić. Łódź porządnie bujnęła się, a świat zawirował mi wkoło. Pomiędzy fragmentami rozstrzępionej wody zobaczyłem ciemnoszare niebo. W ułamku sekundy ogarnęła mnie cholernie zimna i mokra ciemność. Wtedy dopiero wściekle się kotłowało. Jakby film urwał mi się, a potem zmrożony otoczeniem nie wiedziałem, co się stało. I chaotycznie wierzgając nogami, trafiłem na twardy grunt. Mocno odbiłem się od piaszczystego dna porośniętego jakimś śliskim i kudłatym, nieprzyjemnym w dotyku zielskiem. Wtedy poczułem ból w karku i głowie. W oczach ujrzałem gwiazdy. Łbem chyba o coś wyrżnąłem. Byłem zdezorientowany i brakowało mi powietrza.

– Rany Boskie! – usiłowałem wrzeszczeć pod wodą. Czyżby to były ostatnie chwile? Nadal nie mogłem pochwycić powietrza. Dławiłem się. Machałem łapami na oślep, chciałem się czegoś uchwycić. Wśród ciemnych plam zmąconej wody dostrzegłem słabe źródło światła. Składając ręce nad głowę, ostatecznie przedarłem się pomiędzy czymś masywnym i twardym. Krztusząc się, kaszląc i plując wodą na przemian łapałem bezcenne powietrze. Na moje szczęście tu nie było głęboko. Wreszcie złapałem grunt pod nogami. Wodę miałem po szyję.

Chyba jest dobrze, już po wszystkim – niczym zamroczony pijak zacząłem bełkotać. A nawet chrząkałem jak świnia. Przy okazji świetnie wyczyściłem swoje zatoki. I słuch mi się poprawił. W mokrym ubraniu na łódkę nie było sensu się w człapać. Po obrzydliwie porośniętych glonami elementach pomostu również nie było sensu się wspinać. Oszołomiony, tyłem wycofałem się na płyciznę. Wylazłem na brzeg. W przystani nikogo nie było. Zrobiłem kilka kroków do przodu i poczułem się jakoś dziwnie. Zatrzymałem się i czekałem, aż spod nogawek dżinsów wyleci mi cała woda. Wkoło mnie utworzyła się kałuża. Rozebrałem się do spodenek. Włączoną komórkę, którą miałem w kieszeni spodni szlag trafił. Była mokra i za nic nie mogłem jej uruchomić. Gdy wciskałem klawisze, sączyła się woda. Wkurzony chciałem kląć na czym świat stoi ale jakoś nie mogłem wydobyć głosu. Rozmontowałem telefon. Wylałem część wody. Na zadaszonym stole do oprawiania ryb położyłem osobno akumulator i mokry aparat. Ściągnąłem ciężki wełniany sweter, ważył chyba ze trzydzieści kilo. Wyżąłem go, spodnie i koszulę. Portki z powrotem wciągnąłem na tyłek. Koszulę zarzuciłem na ramiona. Chwyciłem w garść pomięty sweter i ze złością ruszyłem po swoje rzeczy. Jeszcze czeka mnie skrobanie szczupaka. Z przejęcia szczęknąłem zębami. By znów się nie wykopyrtnąć, ostrożnie kroczyłem po chybotliwym pomoście. Z daleka wpatrując się w podstępnie śliską burtę łodzi, zauważyłem, że coś jest nie tak. Moje wszystkie rzeczy leżały na miejscu, poza jedyną. Nie było szczupaka!

Spieprzył! Na miłość Boską, spieprzyła mi kolacja – wydarłem się chyba na całą okolicę. Taaaki szczupak!!!

Rozbieganym wzrokiem patrzyłem pod pomost. Wkoło nerwowo się rozglądałem. Jak idiota biegałem w prawo i lewo. Zerkałem do każdej łódki. Wietrzyłem podstęp. Przecież tu nikogo nie było! Jak to się stało? Jeszcze długo wypatrywałem. Kamień w wodę!

Mokry, głodny i z nosem na kwintę skierowałem się w stronę stanicy. Dla niepoznaki na łeb zarzuciłem płaszcz. Zły niczym upiorny Belfegor z paryskiego Luwru gotów byłem wkoło rzucać piorunami. Szybkim krokiem oddaliłem się z portu. Chyłkiem pokonałem resztę trasy łączącej bramę wjazdową z drzwiami mojego domu. Miałem nadzieję, że uda mi się uniknąć kompromitacji. Tak jak stałem, od razu wlazłem pod natrysk. Kolejno ściągałem mokre ubranie, przesadnie je wyżymałem. Tego, co rąbnął szczupaka, jakbym chciał z miejsca własnymi rękoma udusić. Wiedziałem, że to nieprawda jednak ze złością ciuchy wrzuciłem na sznur. Głodny i poirytowany przepraszałem się z jajecznicą. Wcześnie wyłączyłem telewizor i położyłem się spać. To chyba normalne, że potem nie mogłem usnąć? Wspominałem cudowne chwile spędzone na rybach, pomocną dłoń okazaną Jasiowi, zaminowany most, kontakt ze śliczną wydrą, no i przymusową kąpiel w przystani. Dupa mokra.