Warszawa

+48 660 973 231 (WhatsApp/Facebook) z.wachala@woblery.eu

Weekendowe Eldorado. Część 5

Postanowiłem, że w tym samym miejscu jeszcze raz zakotwiczę. Chciałem ponownie spróbować swych sił. Może dziś mam swój dzień? A może, właśnie dziś biorą te większe sztuki. Przyglądając się swoim woblerom, coraz bardziej nabierałem optymizmu i przekonania w to, co robiłem. Zakotwiczyłem bodajże w tym samym miejscu. Rzuciłem okiem na fartowny wobler. W skupieniu wykonałem nim kilka rzutów. Kwadrans później się niecierpliwiłem. Przez kolejne pół godziny nie wyczułem nawet najmniejszego stuknięcia. Zobojętniały zacząłem wymieniać przynęty. W kropki, ciapki, zielony a później czerwony twister. Ripper, wirówka i znów wobler w paski (zwykle nudziło mnie łowienie takich okonków...). Po kilkunastu zmianach jednak wróciłem do tego wabika, na którego złowiłem ostatniego szczupaka. Nie wiem dlaczego, tego wcześniej nie zauważyłem, ale wkoło łódki była mętna woda. Opuszczona kotwica uwolniła nagromadzone gazy z sieci splątanych ramion ramienicy. W promieniu pięciu metrów tumany mułu przyćmiły przejrzystość wody. Zdaje się, na długo ryby przestały brać.

Tak minął kolejny kwadrans. Zirytowany, chciałem już przenieść się w inne miejsce. I wtedy, podczas ostatniego zwijania żyłki poczułem następne grzmotnięcie w wobler. No! Wykrzyczałem. Czekałem na to! W chwili napięcia zestawu poczułem gwałtowny przypływ adrenaliny. On czy ja będę ciągnął w swoją stronę? Jednak to on był silniejszy i zdecydowanie zaczął wyciągać mi żyłkę. Z wigorem rzuciłem się do poderwania kotwicy. I tym razem, jak na złość cholernie ciężko mi szło wyjmowanie cumy. Okazało się, że w splątanym pęku zamulonego zielska ukryta była kotwica. Normalnie nie dam rady wiosłować! A ryba zaraz mi spieprzy, warknąłem. Nic mi nie pozostało, jak na zewnątrz możliwie szybko oczyścić kotwicę. W dodatku uwolniony z podłoża zatoki smród siarkowodoru otoczył mnie. Ryba zaś nie czekała, aż przewietrzę teren, tylko już gnała w przeciwną stronę. I w tym czasie, bez problemu wyciągnęła mi już ponad sto metrów żyłki.

Gdy wreszcie udało mi się oswobodzić kotwicę, szarpnąłem wiosłami. W kierunku napiętej żyłki puściłem się w pogoń. Równie szybko zacząłem zwijać jej nadmiar. Poczułem opór. Jest kontakt, syknąłem. Gdy tylko napiąłem zestaw, żyłka ze szpuli kołowrotka znów zaczęła ubywać. Z czuciem dokręciłem hamulec i ryba wreszcie się zatrzymała. Teraz nie mogłem jej ruszyć. Przymurowała, jakby się wbiła w dno. Nie bardzo chciałem ciągnąć na siłę, więc powiosłowałem w jej stronę. Prawdę mówiąc, już powątpiewałem w potencjał żyłki. Na pewno ostatnie zmagania ją przeciążyły. Swój wehikuł pchałem wiosłami rufą do przodu. Chwyciłem w garść spinning i znów zwijałem cenne metry żyłki. Potem usiadłem tyłkiem na kiju i wiosłowałem. W ten sposób starałem się maksymalnie ograniczać poluzowanie zestawu, choć nie było to łatwe. Gdy już znalazłem się w okolicy zaczepu, znów dokręciłem hamulec. Zacząłem lekko pompować. Podczas kilkusekundowego, impulsywnego napinania zestawu ryba, jak na zawołanie ruszyła w moim kierunku. Tym razem nie nadążałem zwijać nadmiaru żyłki.

– O rany! – wybałuszyłem ślepia. Z czeluści wyłonił się niesłychanie duży szczupak. Ba! Wzorem przypominał półtorametrową katiuszę! To chyba ten wielki szczupak, o którym miejscowi opowiadali legendy. Podobno ten archaiczny zwierz im kaczki wyżerał. Głośno zarżałem. Bujda na resorach! Istniejący urodzaj zwierząt wyżywiłyby tu plezjozaura, więc, po co szczupakowi domowe kaczki? No tak, ale szczupak jest wyjątkowo żarłoczny i właściwie niczym nie gardzi, więc to po części tłumaczy opowiadania miejscowych.

Gdy zobaczyłem wystający z pyska kawałek twardego przyponu, ulżyło mi. Wobler tkwił głęboko w zarąbistej paszczy. Dotarło do mnie, że on należał już do mnie. Lewą ręką namacałem podbierak i silnie napiąłem kij. Szczupak był duży i diabelnie ciężki. Opornie, ślimaczym tempem zacząłem go wciągać do matni. Na widok siatki opasły zwierz nagle dostał jakiegoś szału. Potrząsał łbem i odskoczył. Ogonem uderzył w podbierak niczym pałą w cymbał. Na wprost rzygnęła woda. Przez chwilę nic nie widziałem, wszystko działo się w ułamku sekundy. Poczułem gwałtowne szarpanie, jakby ktoś z ręki chciał wyrwać mi rączkę od podbieraka. Otarłem spryskaną twarz. Wędka znów się raptownie wygięła. Poczułem lekki, jednolity opór. Rozpaczliwe szarpania wędką nic już nie dały. Zbaraniałem na widok pustego podbieraka. Byłem bezsilny i nic już nie mogłem zrobić. Kiedy wzburzona woda uspokoiła się, po prostu szczupaka nie było. Lipa. Z trwogą patrzyłem na znikające kręgi. W podbieraku jedynie tkwił mój odcięty od pozostałości wobler. Pomyślałem o ojcu. Jak ja bym chciał, by teraz ze mną tu był. Chciałem, aby zobaczył, co za bestię przytargałem do łodzi, no i jak wszystko sknociłem.

3
Czasem wielogodzinne spinningowanie się opłacało. Tego szczupaka również złowiłem na wobler Esox.

Z pokorą opuściłem głowę. Co innego jest opowiadać o wielkich rybach i jakie to się zerwały, a co innego złowić, ujrzeć na własne oczy, uwiecznić. Wtedy, kolejny raz czułem się upokorzony. Z emocji długo jeszcze tłukło mi serce. Cholera, nie pierwszy i chyba nie ostatni zerwany tak wielki szczupak, zgrzytnąłem zębami. Z doświadczenia wiem, że zerwane ryby są zawsze największe..., Czy aby na pewno?

Na tę chwilę przypomniała mi się dziwna historia sprzed lat. Nasza ekipa spinningistów brała udział w międzyzakładowych zawodach wędkarskich z łódki. Przeciwnik mój krzyknął, że właśnie zaciął bardzo dużą rybę. Przez chwilę zamarłem. Z uwagą przyglądałem się bladej twarzy konkurenta. Przesadnie naprężał sprzęt, a kołowrotek szalenie jazgotał. Nie chodzi o to, gdy wreszcie pękła mu żyłka, lecz w późniejszym czasie wyholowałem dwukilowca, który miał w paszczy blachę mojego rywala. Współzawodniczący przyznał, że zestaw miał na okonki. Zatem wielkość jest pojęciem względnym i dwukilogramowy szczupak dla niego jest potworem.

Dygoczącymi rękoma przywiązałem ten sam model woblera do nowego zestawu. Kompletnie ogarnięty melancholią sterczałem przez następny kwadrans w tym samym miejscu. Beznadziejnie wkoło biczując wodę, opłakiwałem zerwanego szczupaka. Myślałem wciąż, gdzie popełniłem błąd. W głowie nie mieściło mi się, że utraciłem tak śliczny okaz. Szczegółowo analizowałem błędy.

– Ach, jak mi szkoda – skwaszony głęboko wzdychałem. Stopniowo umykające chwile cierpliwego rzucania nie przynosiły żadnego skutku. Na dokładkę następne woblery, w które tak bardzo uwierzyłem, tym razem okazały się bezskuteczne. Przyszedł czas na refleksje. W dodatku zdałem sobie sprawę, że ryby są bardziej chimeryczne od kobiet. Przecież istnieją inne przynęty, które właśnie teraz okazać się mogą strzałem w dziesiątkę. Przez następny kwadrans bez efektu w tym miejscu, jeszcze rzucałem innymi wabikami. Gdzieś tam w zanadrzu miałem blachy wirowe, ripperki i stare, sprawdzone wahadła. W końcu zwinąłem zestaw i usiadłem na ławce. Zastanawiałem się, gdzie błąd robiłem, jako że nie miałem następnych, żadnych brań. Twarde, miękkie, śliskie, cienkie i długie przynęty z uwagą obmacywałem. Rozglądając się wkoło, doszedłem do ostatecznego wniosku, iż powinienem opuścić ten fragment jeziora. A te wabiki nie są przyczyną bezrybia. To chyba nie była właściwa pora na to łowisko. Teraz nadarza okazja się, abym mógł skupić uwagę na kolejnym fascynującym obiekcie. Sięgając pamięcią w minione czasy, przypomniałem sobie wielokrotne połowy właśnie tam chwalebnych szczupaków. Warto spróbować swych umiejętności blisko innej, tym razem malutkiej wyspy. Stopniowo oddalałem się z miejsca. Niczym wykonana z diamentu łódź, jednostajnie i lekko cięła gładką jak szyba powierzchnię wody. Flauta. Raz wpatrywałem się w błękitne niebo, raz w ciemnozielone drzewa porastające posępną, północną część wyspy. Stamtąd dochodził niezmordowany głos kukułki, który chwilami zmieniał się w chichot leśnego elfa. Wzrokiem badałem odległe i mroczne szczeliny szuwarów. Jakbym w tym zielsku chciał właśnie zobaczyć coś dziwacznego.

Zachodnia część jeziora Nawiady
Zachodnia część jeziora Nawiady.

Zresztą, nie po raz pierwszy widziałem czatującego kłusola, który cierpliwie czekał, aż się usunę. W tych miejscach również obserwowałem przeprawy różnych gatunków zwierząt. Wpatrując się w rufę łodzi, kątem oka obserwowałem punkty nawigacyjne, właściwie trzymając kurs na małą, kamienną wyspę. W tej wolnej chwili od wędkowania znów pojawiały się retrospekcje. Wspomnienia ściśle związane były z tym osobliwym miejscem, które jak magnes bez przerwy mnie przyciągało. Kiedy pojawiłem się tu po raz pierwszy, wszystko obserwowałem z zapartym tchem. Wszystko ciekawiło mnie wkoło. Okolice, łącznie z codziennym życiem naprawdę serdecznych mieszkańców. Na wieść o możliwości spędzenia kilku dni na Mazurach, gdzieś tam w środku, już delikatnie drżało mi serce.

Głęboko w płuca zaciągając mazurskie powietrze, miałem poczucie odnalezienia miejsca, w którym chciałbym już zostać na zawsze. Niejednokrotnie okrążając tę wyspę, zaglądałem w najskrytsze jej miejsca. Obserwowałem nad głową śmigające grono piskliwych jeżyków. W głowie również przewalały mi się wspomnienia z ubiegłych lat.

Wówczas trafił mi się pasażer na gapę.
Wówczas trafił mi się pasażer na gapę.

Wspominałem widziane tam gniazda ptaków, znacznie ubarwionych wilgi i dudka. Ten ostatni zaskoczył mnie swym gniazdem za ziemi. Obserwowałem rozbudowaną gamę ptaków drapieżnych. W tej okolicy szybowały różne jastrzębie. W pobliskim lesie na wielkim drzewie widziałem gniazdo jakiegoś orła. A gromady krzykliwych mew czy rybitw zawsze były dla mnie wskazówką, cyklicznie polujących dorodnych garbusów. Wpatrywałem się w ciekawe ukształtowanie terenu, prześliczne widoki na wyspach. Głębia ekspresji oświetlonego promieniem słońca, kryształowo przejrzystego wodnego terenu zapierała mi dech w piersi. Od początku tego okresu ta wodna otchłań teoretycznie już nie była dla mnie sekretem. W późniejszym czasie dysponowałem niezłej jakości sonarem 3D. Mimo to, oglądanie podwodnego świata najlepiej zapamiętałem właśnie przez tubę. To rodzaj kawałka rury ze szczelnie wklejonym okręgiem szyby. W trakcie słonecznej pogody naprawdę można było wiele zobaczyć.

Wreszcie prawą stroną wydostałem się zza wyspy bobrowej. W miejscu, gdzie się znalazłem, jeszcze nie widziałem swojego celu. Płynąłem wzdłuż brzegu obficie zarośniętego pasem trzcin. Kierowałem się na niewielki cypel. Rytmicznie wiosłując, tym razem spoglądałem przez lewe ramię. Zerkałem w otwartą i gładką przestrzeń jeziora. Teraz już dobrze widziałem mój punkt zwrotny oraz ptasią wyspę. Jeśli pogoda mi na to pozwoli, to jutro spróbuję obłowić to miejsce. W milczeniu układając plan, dość szybko minąłem wrastające w jezioro trzciny, oznaczające niewielki podwodny występ. Naprzeciw jego roztaczała się przepastna głębia. Za cyplem snuła się okrągła zatoka. Oddalonego o trzysta metrów jej końca nie mogłem wyraźnie zobaczyć. Sięgając pamięcią w ubiegłe lata obszar ten, był zawsze wątpliwy pod względem wędkowania. Za to w przejrzystej toni tuż koło łódki zawieszałem wzrok, podziwiając naturalne widoki podwodnego świata. Jeszcze raz odwróciłem się i ze sto metrów naprzeciw mnie, ujrzałem szczególnie interesujące mnie łowisko. Szczególnie?

Ten widok również przyprawia mnie o szybsze bicie serca
Ten widok również przyprawia mnie o szybsze bicie serca.
W okolicy tej małej wyspy, można było złowić takie karpie.
W okolicy tej małej wyspy, można było złowić takie karpie.

W okolicy tej małej wyspy można było złowić ogromne karpie. To osobliwe miejsce również dziś przyprawia mnie o szybsze bicie serca. W przeszłości, oprócz dorodnych szczupaków, po częstokroć łowiłem tam okazałe liny, śliczne okonie (różnica), wypasione wzdręgi i bez mała kilogramowe płocie. W brzmieniu moich batalistycznych opowieści o sumach znalazło się też kilka dorodnych karpi. O czym ja myślę, przecież w tej chwili miałem ze sobą tylko kij spinningowy. W natłoku wspomnień dość szybko uporałem się z kilkuset metrowym odcinkiem. Kilkadziesiąt metrów przed dziobem łodzi ujrzałem dostatnio zarośniętą trzcinami niewielką wyspę. Na chwile rzuciłem wiosła i znów odświeżyłem pamięć. Mniej więcej pięćdziesiąt lat wstecz obiekt ten o powierzchni około dziesięciu metrów kwadratowych, był całkowicie łysy. Jedynie na drobnych żwirowych kamieniach, gnieździły się tylko mewy. I ściślej mówiąc, ten wytwór natury wystawał z pół metra nad wodę. W dodatku był okropnie zapaskudzony ptasimi odchodami. Wiekowi wędkarze oraz miejscowi mówili, że podczas piekielnych burz ciągle w tę wyspę tłukły pioruny. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w skutek spływających z pól uprawnych nawozów sztucznych, nastąpił przełom rozwoju flory. Pojawiły się częstsze okresy kwitnących wód. Przez eskalację chaszczy dziś na tej wyspie nie można postawić stopy. Zresztą, w ciągu kilkudziesięciu lat, różnicę rozwoju roślin części tego jeziora, mam zarejestrowaną na klatce filmowej.