Warszawa

+48 660 973 231 (WhatsApp/Facebook) z.wachala@woblery.eu

Weekendowe Eldorado. Część 3

O świcie, przez uchylone okno do mojej sypialni, co jakiś czas wdzierał się przeraźliwy jazgot, demoniczny szczebiot jakiegoś zwierzęcia. Nie, nie! To zapewne kilka zlatujących się prehistorycznych gadów ucztowało na pobliskiej łące. I co, nikt z pomocą nie leci? A pterodaktyle tak spokojnie wyżerają niczemu winne krowy?! Jakie to okrutne! Kurczowo ściskając kołdrę pomiędzy nogami, poskramiałem ostatniego gada. Nagle wbiłem wzrok w sufit, ten zaś wydał mi się jakiś znajomy. Zdałem sobie sprawę, że pod osłoną przybytku schroniska na pewno nic mi nie grozi. Unosząc łepetynę, powoli docierało do mnie, że wytwór sennej wyobraźni zapewne powiązany z rzeczywistym krzykiem żurawi, bezpiecznie się oddalił. Powoli ciśnienie opadło. Dłonią otarłem wilgotne czoło. Uchyliłem zasłonkę. Było już widno. Niedbale przetarłem zaparowaną szybę.

Ojej, czyżbym to ja tak wczoraj nakopcił? Nie, to chyba mgła? – zajęczałem. Jednym okiem rzuciłem na zegarek. Była piąta trzydzieści.

– O kurczę! Chciałem popłynąć skoro świt o trzeciej, czwartej – mamrotałem pod nosem – i przez szczeliny rozpadającego się zamglenia chciałem poczuć na policzkach pierwsze cieplutkie promyki słońca. Chciałem zobaczyć, czy w ogóle będą brania. Po wczorajszej kolacji spałem tylko trzy godziny – zacząłem już gderać – dobre i tyle, bo gdyby nie te „jazgoczące prehistoryczne gady”, zapewne spałbym do południa – jeszcze ciamkałem pod nosem. No, ale cóż, jest, jak jest. Najwyższy czas od rana być maczo. Wyskoczyć z ciepłego łóżka i zdecydowanie wsunąć rozgrzane stopy w skostniałe od zimna kapcie. Ogoliłem gębę, po ludzku zjadłem śniadanie. Pozwoliłem sobie na chwilę rozkoszy. Kogel-mogel z wiejskich jaj. A w sezonie polecam z dodatkiem jagód.

– Och, nie ma to, jak świeże pierogi z jagodami, polane słodką śmietaną – skwaszony westchnąłem. W plecak wcisnąłem kanapki z piciem. Drzwi zamknąłem na klucz i z wędkami pomaszerowałem w stronę przystani.

Para żurawi we mgle
Para żurawi we mgle.

Opuszczając teren schroniska, naprzeciw zobaczyłem jakby zmrożone moim widokiem żurawie. Wtopiona w mgliste otoczenie para ptaków pielęgnowała swe piórka na okolicznym pastwisku. We śnie nie było mi do śmiechu, przecież w drodze na ryby mogłem być pożarty przez „okrutne, latające gady”. Chyba byłoby lepiej, gdybym przed snem nie oglądał fantastycznych filmów. Głęboko westchnąłem. Gdy żurawie uniosły się, usłyszałem głośny klangor, który w trakcie snu wziąłem za jazgot rozjuszonych pterodaktyli. Spłoszone ptaki zniknęły za lasem. A szkoda, to takie niecodzienne ptaki z zadziwiająco kosmatym upierzeniem. Gdyby ktoś o brzasku, we mgle, nie słyszał głośnego krzyku żurawi, to bardzo proszę. Ten donośny dźwięk jednym może kojarzyć się z prehistorią, a innym po prostu, z głosem trąbki.

Krocząc wydeptaną ścieżką wilgotnej łąki, odłożyłem senne koszmary na bok i skupiłem się nad otaczającą mnie rzeczywistością. Niczym klatka po klatce jakiegoś filmu, przelatywały mi w głowie wczorajsze sceny, łączyłem je z o wiele starszymi aktami. Krok po kroku analizowałem i wyciągałem wnioski. Projektowałem plan dnia. Chciałem, choć na chwilę zatrzymać łódź na Mojtynach i tam w połowie ostatniej zatoki trochę pospinningować. Przecież to takie śliczne jezioro, modra woda i ten wczorajszy, smakowity szczupak. Natłok kłębiących się w głowie myśli i wspomnień z ubiegłych lat połowu w jeziorze Nawiady, jednak był silniejszy. Ta dziwna transformacja wręcz elektryzowała mnie. Często przypominała mi o lichym szczęściu, które podczas niefortunnego podebrania wielkiej ryby, oczywiście na Nawiadach, czasem przeciekało mi przez palce. Zresztą do dziś nie mogę sobie tego wytłumaczyć, iż łowiąc w tym jeziorze, zawsze miałem nadzieje na złowienie, właśnie tego największego szczupaka.

Rzucony w wir gorliwego wiosłowania nawet nie zauważyłem, gdy błyskawicznie pojawiłem się na Nawiadach. Wtenczas chwyciła mnie dziwna przypadłość. Miałem jakby pustkę w głowie. I nie przypomniałem sobie do dziś, w jak „szybki” sposób pokonałem łącznik dwóch jezior? Chyba go nie przeskoczyłem? Dobrze wiedziałem, że dla mnie na wiosłach trzydzieści kilometrów dmuchnąć pod wiatr to była pestka bowiem, były to czasy, gdy moja siła była właściwa do wieku. Ciężka codzienna praca nie była rozrywką, ale wielokilometrowe wiosłowanie zdecydowanie tak! W tym czasie zżerałem kurczaka naraz. Pszczoły zjadałem na deser, a potem pierdziałem jak silnik od Jumbo Jeta. Swoją drogą, kulą w płot nie trafiłem. No, wszystko się zgadza, ale mieć takie luki w swojej pamięci?

Gdy wreszcie dopłynąłem w obiecujące miejsce, zdaje się po kwadransie, byłem rozczarowany. Przecież tu wczoraj szczupaków złowiłem, a teraz, co? Gadałem do wylegających ze trzcin malutkich słonecznic. Na różne sposoby rzucałem każdą swoją przynętą. Nie miałem żadnego stuknięcia. Dopiero co, byłem taki żądny sukcesu, a teraz poczułem niesmak. Plułem sobie w brodę, że choć przez chwilę nie połowiłem w jeziorze mojtyńskim. Wlepiając wzrok w stronę wielkiej bobrowej wyspy, w jednej chwili trysnęły mi w głowie następne wspomnienia. Szczególnie zerwane okazy, które zapewne są jeszcze tam do złowienia. Niemalże przez cały czas wiosłowałem równolegle do brzegu. Mijałem niewdzięczne zatoki, w których nigdy nic nie złowiłem. Potem znów płynąłem blisko gęstego pasa trzcin. Tam mogłem obserwować litoral. Co chwilę wzrokiem przeszywałem czystą toń, szukając w niej ryb. Raz wpatrywałem się w rufę łodzi, a raz w oddalający się punkt, z którego wypłynąłem na rozległe jezioro. W dodatku tę niewielką gardziel rozpoznawałem nawet z największej, możliwej odległości jeziora Nawiady.

Na chwilę wbiłem wzrok w pudło z woblerami. Rozważałem rodzaj i właściwą kolejność użytych przynęt. Musiałem również wziąć pod uwagę warunki. W różnych zakątkach szczupaki brały o innych porach. Zwykle o świcie, trochę w południe, no i pod wieczór. Chociaż, różnie z rybami bywa. Nie obrażając się na sugerowany kalendarz brań, szczupaki łowiłem również przed południem i po południu. Kluczową rolę odegrały tu srebrne, właściwie pracujące wabiki. Oczywiście, użyte w odpowiednim miejscu i czasie. Na przykład pikujące w dół woblery, o agresywnej pracy, prowadziłem w średnim tempie po stromych stokach. Szczególnie w okresie żerowania drapieżców, bardzo wolno zaś podczas sjesty. Następnym elementem łowienia efektownego była iluminacja łowiska. Odpowiednio oświetlony stok i zielsko, w którym drapieżnik mógł się zaczaić. Zmienne podłoże a przede wszystkim właściwie poprowadzona nad nim przynęta. W płytkich, rozległych i nieco porośniętych zatokach zazwyczaj łowiłem na łagodnie i płytko schodzące woblery. Prowadziłem je bardzo szybko, szczególnie w okresie intensywnego żerowania szczupaków. Miałem też woblery płytko schodzące o bardzo mocnej pracy i zwykle używałem ich do obławiania płytkich, rozległych obszarów wody. Ten rodzaj woblerów również zajmował wysoką półkę. Późnym popołudniem w rozległej toni łowiłem na nie szczupaki przekraczające czasami wagę dziesięciu kilo. Toteż znajomi i nieznajomi częstokroć mi zadawali pytanie, dlaczego zajmuję się ręcznym wyrobem woblerów? Wielu wędkarzy do dziś nie może zrozumieć, że dla mnie połów metodą na żywca do dziś jest nieakceptowany. Nie znaczy to, że na żywca nie umiem łowić. Dobrze wiem, jak to się robi. Jednak z mojego punktu widzenia zabijanie, poprzez wstępne męczarnie jednego istnienia, po to, by złowić drugie, jest nie do przyjęcia. Zabić jedno, po to, by w sumie zabić dwa? Ale to tylko jest moje zdanie.

Jednostajnie i rytmicznie wiosłując, zawieszałem wzrok na znaczących częściach jeziora. Wpatrywałem się w dobrze mi znane, orientacyjne punkty. Co kilka minut obserwowałem rybitwy. W milczeniu przelatujące nade mną ptaki czasem sięgały mnie wzrokiem. Wolno wyprzedzały mnie, jakby chciały, jako pierwsze dotrzeć na moje miejsce. Po lewej ode mnie, w stronę środka jeziora, z gładkiej tafli zerkało na mnie kilka szaro-białych mew. W zasadzie to one czekały tam na pojawienie się ławicy uklei, zapewne sprowokowanych atakiem okoni. Opanowany, zrelaksowany, głęboko nabierałem w płuca mazurskiego powietrza. Zapierając nogi, o próg szorstkiego podestu z uciechą rytmicznie wiosłowałem. WidokCieszyłem się, że jestem tu, nabieram sił, że widzę i czuję tę piękną okalającą mnie przyrodę. Brakowało mi tu moich najbliższych, szczególnie ojca i syna, którym chciałem ukazać tak szybko przemijające chwile. Przed laty mój ojciec pokazał, nauczył mnie łowić ryby, był guru we wszystkim, za co jestem dozgonnie mu wdzięczny. Mój chłopak? On wolał grać w piłkę lub strzelać z procy, niż ze mną pojechać na ryby.

Kilkaset metrów dalej tempo łódki zwolniłem, jako że znów natrafiłem na ślady „pracy” rybaków. Zmiażdżony pas trzcin, skotłowana część litoralu, wręcz sterty zielska wywleczonego niewodem z dna jeziora na brzeg. Próbowałem pominąć wzrokiem widoczne zgliszcza, ale na próżno, tak się nie dało. Odprowadzając wzrokiem sponiewierany fragment jeziora, poczynając od lewej strony, sukcesywnie chciałem okrążać wyspę. Wolno wnikałem swą łajbą w długie, łukowate przewężenie. Średnio szeroki na sto metrów i około trzystumetrowy odcinek stanowił przejście do moich marzeń, terenów, gdzie mógłbym bez przerwy łowić.

Za wyspą brały takie karpie.
Za wyspą brały takie karpie.

Wielodniowe nęcenie białej ryby pozwoliło mi tu na połów ogromnych karpi. Nie wiadomo skąd pojawiały się okazałe liny, przeszło trzykilogramowe leszcze i dorodne płocie. Spoglądając przez lewe ramię, zobaczyłem na częściowo do wody zwalonym drzewie z dziesięć czarnych kormoranów. Jeszcze tego brakuje! Uniosłem się. One patrzyły na mnie. Swą obecnością ten ptak stał się zagrożeniem wodnego środowiska. Poprzez wyborne zdolności, liczne stado przelotnych ptaków stało się utrapieniem hodowców ryb, rybaków, nie wspominając już o wędkarzach. Nurkując, kormoran zdobywa i zjada około pół kilo ryb dziennie. W dodatku objęty jest ochroną gatunkową, ale mam nadzieję, że niebawem to się zmieni.

W końcowym fragmencie tego wodnego przesmyku kontrolnie rzuciłem woblerem. Raz, drugi i trzeci, rzucałem pod zielska. Nie miałem brań. Popłynąłem dalej. Znalazłem się przy wschodniej części wyspy bobrowej. Cudowne dzieło natury miało około pięć hektarów. Z czarnej jak smoła, jakby spróchniałej ziemi czerpał swe dobra zdziczały las. Na ogół ciasno porastające wyspę znaczące, liściaste drzewa utrudniały dostęp do słonecznego światła. Dlatego w północnej części tego reliktu panował ponury i specyficzny mikroklimat. Część zwalonych konarów była dzięki panoszącym się bobrom. A widok roztrzaskanych drzew przez pioruny zastanawiał mnie o sile gwałtownego żywiołu. Potykałem się tam o ślady pozostawione przez zwierzęta. Dzięki swej plastyczności ekologicznej dzik jest jednym z najważniejszych i najliczniejszych dużych ssaków naszej strefy klimatycznej. Poza tym łosie, sarny i jelenie również pozostawiały ślady na wyspie. Jej drugi kraniec obfitował w karłowate brzozy. Między nimi rosły jałowce. Soczysta zieleń puszystej i półmetrowej warstwy mchu wypełniała pustkę. W nabrzeżu wyspy dwoiły i troiły się kępy oczeretu jeziorowego, zaś luki pomiędzy łodygami sitowia wypełniały paprocie – ot, takie kuriozum. Na liściach grążela bezlitośnie pastwiły się żaby nad skupiskiem jętki.

Fragment jeziora Nawiady (za wyspą bobrową)
Fragment jeziora Nawiady (za wyspą bobrową)

Wyspę od lądu dzielił szeroki na sto metrów prosty jak drut odcinek. Wzorem lustra gładka, o zielonkawym odcieniu przejrzysta woda z prawej strony, znikała za kolejną częścią wyspy. W krańcu rzucała się w oczy gruntowna, okrągła zatoka, nieco porośnięta inną odmianą rdestnicy. W tej części jeziora zbyt kwaśna woda rybom nie pozwalała na dłuższy pobyt. Mimo że dzieliła mnie około trzystu metrowa odległość, w tryskających zielenią gęstych szuwarach, słabo widoczny był przesmyk na niewielkie, wręcz czarujące jezioro o nazwie Nawiadki. 0000Ze względu na zróżnicowanie środowisk wodnych (zasilanie energią słoneczną podłoże, skład jego i wody) w jednym z wielu połączonych ze sobą małych zbiorników jeziorowych, niektóre zwierzęta i rośliny nosiły unikatowe znamiona. Wybitnie ubarwione intensywnie złotym kolorem szczupaki, mieniły meksykańską czerwienią płetwy. Najeżone okonie, niemalże porażały jaskrawą zielenią pręgowanych wzorów, a płetwy odznaczały się kolorem Orange.

NawiadkiZaczerpnięta woda dłoniom nadawała głęboko czerwoną barwę. Roślinność oscylująca w granicach koloru bursztynowego po burgund, ubogo powlekająca dno, wyraźnie była widoczna przez kilkumetrową, zaskakująco przejrzystą warstwę wody. Jasnoczerwone fragmenty ramienicy odznaczały się kruchą konstrukcją jakby wycięte ze szkła. Całkiem odmiennym kolorem burzliwej zieleni zaś wyrażały inne byliny. Zagadkowa linia brzegowa tego małego jeziora dawała nadzieję na odkrywanie nowych stanowisk wyjątkowo wybarwionych drapieżników. (pół wieku później, czyli dziś tak wygląda podwodą fragment zachodniego litoralu jez. Nawiadki. 2019) Zresztą podobny teren był wkoło wyspy bobrowej. Gdy opuszczałem jezioro Nawiadki zaświtało mi w głowie, aby odwiedzić inne i łowne miejsce. Przedarłem się przez niewielki kanał. Łódkę skierowałem z powrotem, na wschód. Uprzednio pominięty fragment w jeziorze Nawiady był ze trzysta pięćdziesiąt metrów długi i mniej więcej sto pięćdziesiąt szeroki i jak dla mnie zawsze był atrakcyjny, chyba pod każdym względem. W końcowym fragmencie tej powierzchni wody, po lewej stronie, widoczny był następny zakręt. Krótki przepływ prowadził do niewielkiego okrągłego na miarę ogromnej patelni, kilkuhektarowego rozlewiska. W upatrzonym kierunku chętnie puściłem się na wiosłach.

Pochłonięty myślami rozpędziłem się niczym wirnik silnika odrzutowego. Przed skrajnym brzegiem ledwo łódź wyhamowałem. Gdzie ja płynę, puknąłem się w czoło. Znałem tu każdy kąt. Wiedziałem jak po omacku odnaleźć powrotną drogę. A teraz jak ślepiec władowałbym się na brzeg. W tym kipiącym ekspresją miejscu tak naprawdę się rozpraszałem. Właściwie tu czułem się beztrosko, bezpiecznie. Ruszyłem z powrotem i zatrzymałem prawie na środku tej „patelni”. Badawczo wyjrzałem za burtę. W toni, spokojnym, harmonicznym ruchem, jak jednolite, żywe masy ciał zawieszone w przestworzach, unosiły się ławice uklei. W ogóle nie bały się mnie. Raczej miałem poczucie, że to ja byłem obiektem do oglądania. Tym bardziej widziałem, jak z ciekawością wpatrywało się we mnie tysiące malutkich oczu. Gdy pomijałem gwałtowne ruchy, malutkie ukleje podpływały blisko łódki. Jakby swym zachowaniem zadawały pytanie, czego się gapię, czego tu chcę? W przerwie pomiędzy ławicami przeszywałem wzrokiem klarowną, ciemno-zieloną barwę wody. Oprócz ramienicy szczelnie powlekającej dno oraz dorodnych kęp osoki aloesowatej dostrzegłem osobliwe, zwarte, jasno-zielone kłęby dziwnych glonów. Z wyglądu niektóre przypominały grzyby tuż po wybuchu bomby atomowej, inne gładkie bulwy, a kolejne po prostu rozwichrzoną watę. Z wolna unosząc głowę, spostrzegłem równomierne wypłycanie się dna zatoki. Brzeg był gęsto zarośnięty szuwarem. To osobliwe miejsce wygląda dziś tak, jakby tu kiedyś w ziemi odcisnęła swój ślad gigantyczna piłka. A może w to miejsce po prostu uderzył meteor? W każdym razie niszę – krater dziś wypełnia woda.

Z czasem pojawiły się skupiska pałki szeroko i wąsko listnej, sitowia, trzcin i tataraków. Zza szuwarów wystawały korony drzew. Kojącą ciszę przerywały ślizgające się po gładkiej powierzchni wody doniosłe śpiewy ptaków. patelnia-polodniowy-fragment-jeziora-nawiadyOprócz zapachu żywicy pochodzącego z pobliskiego lasu, obszary brzegowe niekiedy zdobiły żółte irysy, kwiaty roślin kosaćcowatych. W innych miejscach rzucały urok granatowe gromady mieczyków, a po przeciwnej stronie w szuwarach widoczne były pąsowe kwiaty krwawnicowate. Tudzież po cielistym odcieniu piaszczystego dna płycizn brodziły bociany. Niewielkie fragmenty brzegowe porastała tu wyjątkowo gruba pałka szerokolistna. W nenufarach kotłowały się jakieś ryby. W tętniącym życiem zakątku swą obecnością spłoszyłem czaplę siwą. Ten sprytny ptak wrzucone do wody martwe owady, wykorzystuje jako przynęty do łapania ryb. Jak grom z jasnego nieba, moje zauroczenie rozproszył śmigający nad moją głową warkot ociężale wyglądającej bąkowatej muchówki. Rozglądając się wkoło, zrozumiałem, że nie warto zakłócać spokoju. Z góry wiedziałem, że tu o tej porze i tak nic nie złowię. Jednak chciałem przez chwilę tu być, wspominać, rzucić okiem w miejsce, gdzie przed laty mnie, moją mamę i znajomych przeganiały z łąki młode byki. Za bezczelne olanie moczem jedynego krzewu na łące, mój stary musiał spieprzać przed rozjuszonym buhajem. Ojciec w porę wskoczył do łódki i szybko odpłynęliśmy. Tonowe byczysko głośno rycząc i tupiąc, jeszcze długo domagało się konfrontacji. Wciąż z mojej głowy wylewały się wspomnienia związane z tym miejscem. Chciałem spoglądać w tę wodę, wykąpać się, smakować ją, powąchać kwiaty, wziąć głęboki oddech i zjeść tu śniadanie. Była dziewiąta trzydzieści, gdy się wycofałem. Ślimaczym tempem płynąłem w stronę wyspy.

widok3a
Gdy lody puszczają i świeci słońce tu się odbywa tarło szczupaka (fragment jeziora Nawiady, tuż przed "patelnią")

Gdy już tam dotarłem, tym razem obrałem punkt pomiędzy wyspą a początkiem grząskiego lądu. Na lewo ode mnie, w płytko zalanych czystą wodą zatokach, dostrzegłem cienie snujących się ryb. Wyglądały niczym miniaturowe łodzie podwodne, poruszające się w zwolnionym tempie. To chyba karpie. Czasem pokazywały swój ryj, jakby szeptały do siebie. Wyraźnie nie przeszkadzały im tańczące łabędzie i te, głęboko zaawansowane w związek partnerski. Łyski wygłupiały się, a kaczki woziły na grzbiecie swoje maleństwa. Cały teren otaczał rozległy pas trzcin, który bardzo utrudniał dostęp do brzegu. Natomiast pode mną było w sam raz, cztery metry głębokości. Mogłem tam spinningować do woli i w każdą stronę. Z prawej strony, w oblanej słońcem wodzie, zobaczyłem pływające o długim ogonku, skórzaste liście grążela żółtego. Po przeciwnej stronie bielące się w słońcu grzybienie białe. To kwiaty Lilii wodnych, wyrastające z płaskich kapeluchów. W sitowiu iskrzyły srebrzysto-żółtym blaskiem z jaskrawo czerwonymi płetwami niewielkie ryby. Poruszone moim widokiem wzdręgi kryły się w oczeretach. W tym samym momencie uderzył mnie intensywny zapach dzikiego jaśminowca, właśnie którego woń czułem już z dużej odległości. Lilie wodne

orly– O Boże, jak tu pięknie – byłem znów zachwycony widokiem, który w dodatku poczułem. Wśród szuwarów zręcznie fruwały skrzeczące trzciniaki. Z głębi wyspy dochodził cykliczny głos kukułki. Spojrzałem w górę, by prosić Boga o wieczny stan urodzaju obecnej przyrody, o zdrowie rodziny i dorodną rybę. Moje oczy trafiły na parę rdzawo-brązowych orlików krzykliwych. Nielicznie występujący ptak w Polsce ma doskonały wzrok. Pozwala mu z bardzo daleka dostrzec ofiarę, którą najczęściej atakuje znienacka. Główną dietę stanowi niewielka zwierzyna naziemna.