Warszawa

+48 660 973 231 (WhatsApp/Facebook) z.wachala@woblery.eu

Weekendowe Eldorado. Część 1

Jedenaście i pół tysiąca lat temu olbrzymie lodowce pokryły wielką część Europy łącznie z Polską. W dobie ocieplania się klimatu ściskające ziemię zmarzliny stopniowo zaczęły się cofać, a w końcowej fazie topiąca się woda zeszła do oceanów. W trakcie tego rozwlekłego procesu ogromne masy lodowca m.in. spiętrzały istniejące pokłady skalne i ryły w ziemi głębokie bruzdy. Wypełnione po brzegi wodą wytopioną z bloków lodu ukrytych w materiale morenowym w dużej części są pamiątką po epoce lodowcowej i życiu, które przetrwało do dziś. Różnego pochodzenia skupiska jezior, w tym polodowcowe wypełniają północno-zachodnie, północne i północno-wschodnie tereny Polski. Te ostatnie oceniono na jeden z najpiękniejszych zakątków w skali Europy. Nawet pretendowały na jeden z siedmiu cudów świata. To Mazury.

Obecne czasy – Weekendowe Eldorado

Z jakieś dwieście kilometrów od Warszawy jadąc na północ w stronę Mrągowa, jest malutka miejscowość Mojtyny. Jest mi dobrze tam znane wędkarskie Schronisko PZW niegdyś Koła nr 3, do którego wielokrotnie wracałem. Wędkując na okolicznych jeziorach, spędziłem kawał życia. O ile dobrze pamiętam to w 1966 roku, biwakowałem tam pierwszy raz z ojcem, który w tamtym czasie wraz z kolegami z pracy na blachę zaciekle z łodzi łowił nieprzeciętne szczupaki. W charakterze małego chłopca byłem do tego przyzwyczajony, jako że ryby zawsze ojciec łowił. Natomiast widok pierwszego i kolejnego malowniczego jeziora zapierał mi dech w piersi. Ostre, świeże powietrze, często przyprawiało mnie o zawrót głowy. Przejrzysta głęboka toń, przez którą w słońcu jak na dłoni, wśród obfitej i czasem dziwacznej roślinności widziałem leniwie poruszające się wielkie ryby. Strome stoki daleko zapuszczające się w mroczną otchłań. Z głębin wyłaniające się wyspy. Odmienne struktury górki. Urozmaicona linia brzegowa, porośnięta bogatym zespołem roślin. Bujnie zalesione tereny pachnące żywicą, a przede wszystkim cisza i spokój. To tylko niektóre z wielu elementów krajobrazów, cudownych widoków, które swą ekspresją zachwyciły mnie. Jako mieszkaniec stolicy nie byłem wyjątkiem, który na co dzień zmagał się z miejskim gwarem i smrodem. Wobec tego wypad z rodzicami za miasto, szczególnie na Mazury, stał się dla mnie inspiracją do dalszej realizacji wędkarskich marzeń. Dobrze pamiętam lata szczenięce i pod okiem ojca głównie na blachę, łowione szczupaki. Z początku lat osiemdziesiątych na własne potrzeby wyprodukowałem woblery, które pozwoliły mi rozpocząć nowy etap wędkarstwa. Pod wpływem łowienia na nie stworzyłem swój kierunek filozoficzny, powstały na bazie praktycznego myślenia i działania. W miejscu i czasie odpowiednio podane moje woblery, ku zaskoczeniu perfekcyjnie doprowadzały do szału największe słodkowodne drapieżniki. Na dostępny w sklepie, przeciętny zestaw spinningowy, jak opętany rozpocząłem następny szalony połów niebagatelnych ilości sumów. Z czasem ogromnych sumów. O tych zadziwiających spotkaniach, może opowiem następnym razem. Niemniej jednak przypomina mi się wyjątkowy sezon spinningowy i mogę rzec, jeden z wielu fantastycznych wypadów do Mojtyn, właśnie na szczupaki.

W środku czerwca tego roku pogoda była ustabilizowana ogólnie ciepło. Czasem powiewał lekki wiaterek. Maskujący kombinezon ani moro, bez przesady, to nie dla mnie. W taką pogodę na ryby wybierałem się w codziennych ciuchach plus kapelusik chroniący głowę przed prażącym słońcem. Profilaktycznie miałem płaszcz przeciwdeszczowy oraz lekkie, zwykłe obuwie. Niezbędna mi była łódka. Często używałem dwa kompletne, ale różniące się wagą wyrzutu spinningi, obszerny podbierak, no i kilka moich niezawodnych przynęt. Z czasem do kompletu zabierałem żarcia pół plecaka oraz trochę picia. Na weekend w jednym z domków typu bungalow wynająłem około dziesięciometrowy pokoik z lodówką i telewizorem. (wędkarski ośrodek (2017) w MojtynachZa skromną opłatą schronisko gotowe było przyjąć przeszło stu wędkarzy lub trzydzieści czteroosobowych rodzin nie wliczając w to niewielkiego pola namiotowego. Ci z namiotów zawsze mogli korzystać z prądu, przyzwoitej wygódki czy natrysku. (wtręt) Przed bramą schroniska biegła droga tranzytowa, która przez krótki czas była utrapieniem wypoczywających. Po drugiej stronie szosy w łagodnej kotlinie łąkowej widoczne owalne, około trzydziestu hektarowe jezioro. To zbiornik Mojtyny. Wzdłuż jego linii brzegowej było trochę porozrzucanych drzew. Na horyzoncie dające się zauważyć lasy. Ze schroniska na przystań dzieliło mnie blisko dwieście metrów asfaltowej, a potem polnej drogi omijającej łąkę rolnika sąsiadującego ze stanicą. Z osławionych początków istnienia ośrodka pan Gustaw wyznaczył i odgrodził skrót przez łąkę, na której wypasał bydło. Z czasem okazało się, że nikt inny jak urlopowicze pozostawiali syf na łące w postaci śmieci. I nikt nie miał ochoty tego sprzątać. Długo i cierpliwie człowiek ten przymykał oczy na niechlujstwo. W późniejszym czasie, gdy pojawiło się niezgodne kierownictwo właściciel łąki stracił cierpliwość i zagrodził przejście. Trzeba było na nogach ze sprzętem sporo nadrabiać. Oprócz krów i młodych byków gospodarz pastwiska czasem zostawiał tam śliczną parę koni. Dorodna kasztanowa klacz oraz słusznej wielkości ogier kary, szczególnie o świcie były atrakcją wędkarzy. Potem już czarna jak smoła ścieżka prowadziła poprzez zagajnik nad brzeg jeziora (z drugiej strony ścieżką na przystań - w tle fragment zabudowań stanicy) Niegdyś w czynie społecznym przez urlopowiczów wykonany ze stalowych beczek pływający pomost, schludnie obity był deską w kształcie litery ”T”. Służył on do parkowania około dwudziestu wędkarskich łodzi oraz pełnił funkcję tarasu widokowego. Zresztą podczas słonecznej pogody na ławkach z oparciem, można tam było godzinami się wylegiwać. Widoczna z pomostu lewa eliptyczna część  jeziora, wkoło i naprzeciw była porośnięta szuwarem. Dalej rozciągały się łany pól i łąki. W samym końcu tej lewej nieco głębszej części jeziora była górka. I wkoło niej a właściwie na południowym fragmencie tego obiektu czaiły się fantastyczne szczupaki. W prawo, aż do końca nieco zygzakowatej linii brzegowej tuż za trzcinami ciągnął się szpaler drzew olchowych. Za drzewami, pola uprawne i wieś Mojtyny. (wędkarska przystań (2018) nad jeziorem Mojtyny)

Około godziny czternastej z przystani wypłynąłem lekką laminowaną łódką. Automatycznie skierowałem się na sąsiednie większe jezioro. Natomiast mniejszy, mojtyński akwen o miodowo-brązowej barwie wody ma średnio trzy, a maksymalnie siedem metrów głębokości. W zawężonej części północnej jest kilka nieco płytszych i urokliwych zawijasów. Dopiero w drodze powrotnej postanowiłem tam spinningować. Ze względu na nieco urozmaicone i bogate w roślinność dno oraz duże skupisko drobnych kilku gatunków ryb, było świetnym miejscem akcji polowań szczupaków. Koniuszek tego jeziora o powierzchni szkolnego boiska, zalany można by rzec krystalicznie czystą wodą, układał się w raczej płytką, około metrowej głębokości zatokę. Gruba warstwa pnącej, jakby splecionej ramionami, jednorodnej rośliny tworzyła strukturę elastycznej gąbczastej sieci pokrywającej gładko jak dywan całe dno zatoki. Wszak wzdłuż ciął ją intrygujący, wyraźnie głębszy, ponury rów. W zasadzie ten fragment środowiska, od dna po powierzchnię porośnięty liściastym zielskiem stanowił nie lada atrakcję dla kumatego spinningisty. (pamiątkowy kadr zatoki...Wstrzeliwując się z właściwą przynętą o odpowiedniej porze, można było złowić tego jedynego, największego szczupaka. Wkoło zatokę porastały przeciętne szuwary. W przerwie ich kilka metrów od brzegu kresu zatoki, koło stodoły często pasły się gniade konie gospodarza ze wsi Mojtyny. W zatoce ogólnie panował spokój. Chyba byłbym chory, kręcąc głową, przewróciłem oczami. Nie mogłem przecież pominąć tak wybornego łowiska! Gładka niczym lustro powierzchnia wody wydała się martwa. Obserwując powierzchnię, jednak czułem przez skórę, że tam pod widocznymi koniuszkami posępnych wodorostów czatują szczupaki. Nie kotwiczyłem, bo tym zakłóciłbym spokój. Już podczas pierwszego, celnego rzutu wyczułem chybiony atak. Powierzchnia zawirowała.

Ech! Spiął się – niezadowolony syknąłem przez zęby. Idealnie trafiając w poprzednie miejsce nieudanego ataku, wobler przeciągnąłem po skraju porastającej dół roślinności. Nagle na wędce poczułem gwałtowne szarpnięcie. Tak, to branie raczej ładnego szczupaka. Bestia próbuje ciągnąć mnie w wodne zarośla, brechtałem pod nosem. Wędka wygięła się mocno. Z całym majdanem byłem za ciężki, toteż trajkot hamulca ostrzegał mnie. Schwytaną w ogromną, krwiożerczą paszczę, najeżoną ostrymi jak brzytwa zębami, szczupak skutecznie unieruchomił ofiarę. Jednocześnie poczuł niepokojące szubrawstwo, na które się dał oszukać. Rozzłoszczony, ujarzmiany szczupak kilkakrotnie skakał do góry. Energicznie potrząsając łbem, sprytnie próbował pozbyć się wrednego świństwa. Na próżno, miałem nową miękką żyłkę zabezpieczoną długim przyponem. W dodatku szwedzki kij Conolon 800 spisywał się kapitalnie. Powierzchnia znów bulgotała i słychać było syk spienionej wody. Coś pod wodą się działo i zaraz wszystko zamilkło. Nie miałem wyjścia. Mocno napiąłem spinning i wolno łajbę podciągnąłem do zaczepionego punktu. W przejrzystej wodzie, z metr poniżej lustra, zobaczyłem opętanego żyłką i zielskiem, zniewolonego szczupaka. Szczerze mówiąc, to byłem w kropce. No, bo jak go teraz wysupłać? Próbowałem chwycić go ręką, ale był za głęboko. A może po chamsku użyć podbierak? Do głębi wsadziłem rękojeść z obręczą, aż poza łokieć. Okazało się, że nie był to najlepszy pomysł, bo w matni nadal nie mogłem umieścić szczupaka. Panicznie rozglądałem się za kimś, kto mógłby mi pomóc. Niestety, jak okiem sięgnąć byłem sam. Zagarniając wiosłem do podbieraka, bez pardonu wyrwałem go z podwodnych chaszczy. 

5
W jeziorze mojtyńskim "na dzień dobry" złowiłem takiego szczupaka.

Och, jaka śliczna, bez mała pięciokilogramowa sztuka – ciepło wyszeptałem. Patrzyłem w zdumieniu na leżącego u moich stóp szczupaka. Uwalniając przynętę z morderczej paszczy, mruknąłem pod nosem – toż nie ma, co tu ciemnoty wciskać, narobiłem wrzawy i trzeba stąd pryskać. W mojej głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka. Miałem szansę na złowienie kolejnego ładnego zębacza. I postanowiłem tu w drodze powrotnej dobrze spenetrować to łowisko. Rybę wrzuciłem do sadza, a łódź wreszcie skierowałem na sąsiednie jezioro Nawiady.

Oba jeziora cechuje druga klasa czystości wód. I u szczytu stagnacji letniej dość wysoka jest zawartość tlenu. Może w tym czasie przy dnie zanikać tlen i się pojawić siarkowodór. Poza różnicą pojemności oraz powierzchni, jezioro Nawiady zawiera dwie duże i zalesione wyspy oraz jedną zakrzewioną malutką wyspę. Zróżnicowana linia brzegowa, bogactwa litoralu, ukształtowanie dna nie tylko spinningistów zachęcają do połowu ryb. Ogólny obszar jeziora Nawiady to około 230 hektarów a głębokość nie przekracza 30 metrów. Po dziś łącznikiem tych jezior jest kilkudziesięciometrowy, trochę esowaty kanałek. W początkowej jego części, obydwa brzegi kiedyś łączył drewniany mostek. Ówczesna konstrukcja zbudowana z podkładów kolejowych, częstokroć była moją ostoją – ostatnią deską ratunku. W trakcie gwałtownej burzy z piorunami śmiało, można było tam przeczekać ciężkie chwile. Choć od wiejących z północy wiatrów, rozkołysana powierzchnia jeziora Nawiady w ogóle nie pozwalała wypłynąć łodzią z kanału na ryby. Notabene, drewnianą strukturę dziś zastępuje mostek wykonany z betonu i żelaza. (dziś pod mostkiem najczęściej można zobaczyć gniazda jeżyków.) Kilkanaście metrów dalej w stronę jeziora Nawiady, był prymitywny jaz, który czasem pełnił funkcję zarządzania zasobami wodnymi obu zbiorników. Zniszczone resztki jego długi czas utrudniały przeprawę nawet niewielkim jednostkom pływającym. Wzdłuż podnóża melioracji wbite kołki marnie splecione wikliną, chronią wyrobisko przed zawałem. Ówczesne dno zaś było usłane czystym, drobnym i jasnym piaskiem, aż po samą budowlę hydrotechniczną. Po drugiej stronie budowli, od strony mojtyńskiej wody występują bardzo głębokie warstwy nieco ciemniejszej barwy mułu. Niekiedy, można tu było zobaczyć drobne „barometry czystości wody”, czyli raki. W czystej, nasłonecznionej wodzie, tuż koło jednego kłącza paproci wodnej, z którego wyrastały listki w kształcie szczypiorku, przypadkiem widziałem czyhające, mikre szczupaki. (małe szczupaki) Na moich oczach jeden z nich, pochwycił szybującego po lustrzanej powierzchni wody pluskwiaka – nartnika dużego. Ze względów na rozmiar ofiary, akcja się nie powiodła. Właściwie w tym miejscu nie raz miałem zajmujące spotkania. Mijałem bobry, obserwowałem wydrę, a potem łasicę z małymi. Był okres, gdy tu roiło się od piżmaków, ale z czasem populacja ich zdecydowanie się skurczyła. (na dnie kanału dziś nie ma czystego, bielutkiego piasku. Przez kanał już nie płynie krystalicznie czysta woda.)

Jednym wiosłem popychałem swą łajbę przez płyciutki kanał, przecinający obszar kwitnących łąk. Wokoło brylowały skoczki polne, świerszcze. I wysoko na błękitnym niebie królował perlisty trel malutkiego, polnego skowronka. Ważki, bąki, motyle i mnóstwo innych kolorowych owadów bzyczało, roiło się nad niezliczoną ilością polnych kwiatów. Gorące powietrze z obu stron pastwisk nasycone było przyjemnym zapachem okolicznych traw. W dali widoczne były pasące się krowy. Z metr poniżej poziomu łąk, w łódce czułem nieznaczny chłód, wilgoć oraz słodkawą, przedziwną woń mułu. W końcowej fazie trasy wodnej, za ostatnim zakrętem, trochę porośniętym z obu stron leszczynowym lasem, moim oczom ukazała się śliczna panorama rozległego jeziora, która od razu przyprawiła mnie o szybsze bicie serca.

Panorama

Tu w mgnieniu oka uderzyła mnie fala wspomnień i wędkarskich wojaży. Jak okiem sięgnąć brzegi akwenu porastały gęste szuwary. Zaś przede mną z jakieś pięćset metrów, z odmętów wyłaniała się ogromna, gęsto porośnięta drzewami wyspa. Już na oko było widać, że w razie potrzeby dostać się na nią było trudno, gdyż wkoło gęsto porastały ją trzciny. Tuż przed dziobem łodzi, pod lustrem wody, stopniowo opadające dno kanału w mrok klarownej, turkusowo-siwej otchłani, oznajmiało o roztaczającej się przede mną nieprzyjaznej głębinie. Widok tego obszaru, jakby przejrzystej czeluści, zwykle wprawiał mnie w dreszcze. Czułem tu respekt. Pomimo tego, wytężając wzrok do granic słonecznego światła, wśród roślinności porastającej stok, dostrzegłem nieco posunięte w czasie drewniane skrzynie pułapki. W połowie lat sześćdziesiątych zdaje się załoga ówczesnego PGR-u, pozostawiła tam swoje rybackie akcesoria. Do dziś mam przed oczami obraz, gdy wówczas ci ludzie próbowali wydobyć swój rynsztunek. Resztki dziwnych forteli przetrwały do dziś.

Z prawej strony w dwadzieścia razy większej od narożnika halowego lodowiska zatoce panował całkowity zastój. Impas. No tak, część szuwarów była dosłownie zmiażdżona przez ostatnio pracujących tam rybaków. Na brzeg niewodem wygrabione sterty zielska zmieszane z mułem skazano na śmierć mięczaki i inne żyjące w głębinach stworzenia. Fajnie się zapowiadało, same zniszczenia. Nawet nie ma, co tam płynąć i łowić!

Między wyspą a daleko zapuszczającym się w głąb jeziora półwyspem martwej zatoki, z mrocznej otchłani, wyłaniała się górka. Szczodrze porośnięty długimi zielskami tajemniczy obiekt, poważnie traktowałem o świcie i tuż przed zachodem słońca. W głowie zacząłem układać nowy plan wędkarskich działań, który praktycznie teraz ograniczony był czasem. Zatem w pierwszej kolejności chciałem odwiedzić, wybadać najlepsze znane mi łowiska. Ponadto, gdyby wystarczyło mi czasu, to w drodze powrotnej obrzucałbym okolicę tej górki.

W przeciwnym kierunku po lewej stronie jakieś półtora kilometra dalej moją uwagę przyciągał dobrze widoczny fragment kolejnej wielkiej wyspy. Na pierwszy rzut oka, woda w drodze do niej, była trochę pofalowana przez ruch powietrza. Zepchniętą przez wiatr w część linii brzegowej, skupioną warstwą planktonu interesują się drobne ryby. Zaciekawione wynikają z kryjówek i tym przyciągają uwagę drapieżników. To dobry znak, tego nie mogę pominąć. Ściągałem wzrokiem linię brzegową. Kierując łajbę w stronę wyspy, ochoczo zabrałem się do wiosłowania. Łódź miałem lekką, wiosła dopasowane, ale jak diabli w niej dulki piszczały. Ze sobą nie miałem żadnego smaru. Zatem użyłem tłuszczu z kanapki, albowiem wielogodzinne szczękanie wioseł doprowadzało mnie do irytacji. Przede mną było kawał drogi do wymarzonego sukcesu i jednocześnie mnóstwo, zaszufladkowanych w pamięci ciekawych miejsc. Na tamtą chwilę łowienie w przepastnej głębinie mijało się z celem. Słabe doświadczenia, może nie ten sposób łowienia wzbudzał we mnie kontrowersję. W mojej ocenie najlepszym rozwiązaniem było wstrzelenie się właściwym woblerem w strefę litoralu. W trakcie odległej, kilkusetmetrowej drogi uważnie obserwowałem brzeg szczelnie porośnięty trzciną. Miałem nadzieję dostrzec tam ukrywające się ryby. Wpłynąłem do pierwszej, większej zatoki. Chwyciłem za spinner i z dryfującej łodzi zacząłem rzucać srebrnym woblerem. Rzucałem „ciasno”, raz przy razie, na skos przed siebie, pod same szuwary. W tej części opadającego dna w czeluść rzucały się w oczy długie wodorosty, okazałe rdestnice połyskujące. To świetne stanowiska dla drapieżników, pomyślałem. Nie wiele się pomyliłem, bo od razu w moją przynętę palnął jakiś drapieżnik. Serce skoczyło mi do gardła. Wędka wygięła się, a zestaw naprężył. Hamulec kołowrotka trajkotał. Pierwsza chwila była dla przeciwnika, gdyż nie bardzo dawał się podciągnąć. W odmętach dostrzegłem złocisto-żółte rozbłyski. To szczupak. Wyczułem, że nie był to wystrzałowy okaz. Na oko miał z półtora kilo.

No, ale jest pierwsza bestia – spokojnie oznajmiłem. Rozważałem zmianę przynęty. W tym miejscu w ogóle nie było wiatru, więc łódź jednym pchnięciem skierowałem wzdłuż trzcin. Z dziesięć metrów od nich znów zacząłem rzucać, ale już innym woblerem. Absolutnie skoncentrowany nad właściwym prowadzeniem przynęty, głęboko skupiony oczekiwałem na branie. Z zamysłu nagle wyrwał mnie kolejny bombowy atak. Impulsywnie zaciąłem, aż kołowrót zafurczał.

Nie do wiary! Jest następna sztuka – wrzasnąłem jak oparzony – tylko jaka? W trakcie szamotaniny szybko oceniłem wielkość przeciwnika. Podobny był do poprzednika. Szczupak zaatakował wobler, tym razem przypominający treściwie wybarwionego okonia. Wykonałem jeszcze ze trzy „puste" rzuty. Zależało mi na czasie i wkrótce przeniosłem się ze sto metrów dalej, za mały półwysep do jeszcze większej zatoki. Woda tam była lekko pomarszczona przez wiatr. To tu w powietrzu, unosił się wylewający zza trzcin pobliskiej łąki, zapach kwitnących traw i dziko rosnących krzewów hortensjowatych. Wodząc nosem wkoło, zwietrzyłem silną, przejmującą woń kwitnącego o tej porze roku jaśminowca. Głęboko nabrałem powietrza w płuca – hy, niezwykły aromat – nadal nosem wodziłem wkoło. Przygotowując następny wabik do rzutu, z pół metra pod wodą coś mi w oczach mignęło. To perkoz na wzór torpedy wzdłuż łodzi bystro gonił małe ryby. Wywinął beczkę i znikł mi z pola widzenia. Woda wkoło zaczęła wrzeć, a z niej we wszystkie strony pryskały ukleje. Nur wypłynął. Uniósł dziób i połknął schwytaną zdobycz. I jednym, zwinnym skinieniem zniknął z powierzchni wody.

Phi – prychnąłem – zdaje się mam konkurencję. Jeśli dalej tak pójdzie, to nic tu nie złowię – oznajmiłem niezadowolony. Łajbę lekko ruszyłem wiosłami. Teraz już sama płynęła wzdłuż trzcin. Delikatnie wiejący wiatr w plecy dodatkowo wspomagał mnie. I w tym czasie miałem możliwość „czesania” wody raz przy razie, należycie rzucając swój wobler pod same szuwary. Na początku zatoki nic nie złowiłem. Tam zaś, gdzie nur jeszcze nie zdążył narobić mętliku, dosłownie zaczęła się kanonada. Gdy wobler uderzył o powierzchnię wody, wielokrotnie czułem mocne „pobicia”. W zasadzie szczupaki łapczywie atakowały moją przynętę. Jakby czekały, aż z góry coś im na łeb spadnie. Ba, podczas kolejnego rzutu, nawet jeden z nich wyskoczył z wody i pochwycił wabik w powietrzu. Ogólnie mówiąc, to szczupaki biły jak diabli. Eldorado.

Oto jeden z wielu fantastycznych okresów. W tym czasie dysponowałem obszerną gamą przeróżnych przynęt. Zaciekle testowałem je, ale najlepiej szczupaki brały na moje woblery. Po wszystkim, szybka fotka i do wody...
Oto jeden z wielu fantastycznych okresów. W tym czasie dysponowałem obszerną gamą przeróżnych przynęt. Zaciekle testowałem je, ale najlepiej szczupaki brały na moje woblery. Po wszystkim, szybka fotka i do wody...

Wtedy to miałem okazję na testy swoich nowych modeli. Szczupaki na jedne woblery reagowały gwałtownie, na inne słabo lub wcale. W trakcie holu ryby czasem zrywały się, przecież to nic nadzwyczajnego. Ale, gdy odpowiedni wobler znów zaczął poprawnie pracować, to doprowadzał drapieżniki do obłędu. Szczupaki częstokroć tłukły w wobler, aż do kompletnego zawiśnięcia na haku. Brzmi to okropnie, ale należy sobie zdać sprawę, że ból jest odczuciem subiektywnym, przykrym i negatywnym wrażeniem zmysłowym, emocjonalnie powstającym pod wpływem bodźców uszkadzających tkankę. Ze względu na znikomą ilość receptorów bólowych, właśnie ryby prawie nie czują bólu. W dodatku słabo rozwinięta komora mózgowa nie jest w stanie odbierać i przetwarzać tak skomplikowanych bodźców, jakim jest ból. Widziałem hak tkwiący w jęzorze szczupaka i miałem wrażenie, że hol jego był nadzwyczaj spokojny. Jakoby szczupak właśnie odczuwał porażający go ból.

Gdzieś tam głęboko wierzyłem, że nie był to dar z niebios, iż szczupaki bez najmniejszych skrupułów atakowały moje wabiki. Jako że wieloletnie testy prowadzone nad osobliwą konstrukcją modeli woblerów zbudowały mój odpowiedni pogląd. Również nie działo się to przypadkiem, albowiem moje pływające modele woblerów bez trudu pokonywały głębokie partie wody. Poprzez właściwe zespolenie sprzętu z umiejętnościami; właściwie wymuszona, specyficzna akcja, kolory przynęty perfekcyjnie wzbudzały agresję w tym wypadku szczupaków. Często dużych szczupaków. Podczas holu następnego niewielkiego zębacza, tuż przy łodzi, zaatakował go większy drapieżnik. Nie kryłem zdziwienia, gdy zobaczyłem na jednej wędce dwa złączone szczupaki. Ten duży złapał za łeb mniejszego. W dodatku obie ryby udało mi się zręcznie wydobyć. To był wyjątek, więc postanowiłem go uwiecznić. (szczęście w nieszczęściu-2022)

Bestia
Na moich oczach, ta duża bestia chciała pożreć tego mniejszego szczupaka.

W tej zatoce drapieżniki atakowały do samego wieczora. I nadszedł moment, jakoby się wszystko nagle „ucięło”. Po prostu szczupaki przestały brać. Sumując rachunek, spostrzegłem, że tego nieco krótszego popołudnia, złowiłem około dwudziestu przeciętnych szczupaków, kolejno wypuszczając je do wody. (czasem trafiasz na dzień, gdy łowisz 40 i więcej małych szczupaków) Niewiele mniej spiąłem. Prawdę mówiąc, w tamtym czasie rzadko nastawiałem się na połów okoni. Natomiast wiele radości sprawiały mi takie niespodzianki ...(klik)... . Słońce już zaszło i jeść mi się chciało. Tyle, co ja się na wiosłowałem i namachałem spinnerem, w to miejsce bez żadnych oporów pochłonąłbym dwanaście podwójnych kanapek z wędliną. Zresztą, w pracy na co dzień tyle zjadałem. Chyba już czas kończyć tę piękną sielankę i ruszyć w stronę przystani. Kwestię jedzenia złowionych ryb rozpatrywałem w drodze powrotnej. W zasadzie było to dla mnie proste. Może, nie każdy rozumie to, ale do domu zabierałem tyle, ile do syta mógłbym się najeść. A imponowanie bezmyślnym zabijaniem szczupaków czy wystawne balangi suto zakrapianej alkoholem to nie dla mnie. Zresztą wędkarstwo jest sportem, a nie kolejnym sposobem do mordowania zwierząt.

– Ojej! Przecież w sadzu łodzi mam jeszcze pierwszego, porannego i nawet przyzwoitego szczupaka – ugryzłem się w język. Zapragnąłem skonsumować świeżo usmażoną rybę, jako że jajek na kolację nie chciałem jeść. Uchyliłem klapę od sadza. Wszak wiedzieć chciałem, jak czuła się moja zdobycz. W tej samej chwili dostałem czymś w mordę. Aż tyłkiem chlapnąłem na podest. Szybko się przekonałem, że szczupak był mocny, w dobrej formie i zdaje się skory do „żartów”. Gębę przetarłem dłonią. Wyostrzyłem wzrok. Na zewnątrz łódki zobaczyłem częściowo zwisającego szczupaka. Miał paskudnego pecha. Masywna klapa od sadza przycięła mu ogon.

– Rany Boskie, zaraz mi spieprzy – wrzasnąłem na widok ciskającej się ryby – myślałem, że wpadł tam z powrotem!

Na twarzy poczułem wypieki, szczególnie w miejscu, gdzie w pysk dostałem. Za wszelką cenę z potrzasku ryba się chciała wydostać. Natychmiast zerwałem się na równe nogi. Niepewnie chwyciłem ją. Była śliska jak glizda. Wypadła mi z dłoni. Obmacywałem, miętosiłem i w żaden sposób nie mogłem jej pewnie uchwycić. A może podbierak? Nie! Szkoda czasu, on był na końcu łodzi. Jakoś pod skrzela wśliznąłem łapę. Drapieżnik się wyprostował. Potrząsnął łbem, jakby się wzdrygał. Trysnęła jucha. W palcach poczułem ból. Syknąłem. Ostrych jak diabli dziesiątki kolczastych wyrostków, zdaje się z moich paluchów, spuszczało krew. Siłą z potrzasku wyrwałem rybę i zrzuciłem na podest. Strapiony spojrzałem na zakrwawioną łapę. Po umyciu okazało się, że krew jednak nie była moja. Narząd skrzelowy szczupaka jest delikatny, więc chwytem "za gardło" sprawiłem uraz i upust krwi. A dlaczego chciał uciec? Do panujących w sadzu egipskich ciemności nagłe przedzierające się źródło światła, dało szczupakowi sygnał do błyskawicznej ucieczki z niewoli.

O mały włos, a na kolację wpierniczałbym jajka – zarżałem.